Realne iluzje Honoriusza Balzaka 3
„Stracone złudzenia”
Paryska wycieczka Lucjana Chardon de Rubempré (bohatera powieści "Wielki człowiek z prowincji w Paryżu") jest podróżą Balzaka. W odróżnieniu od Lucjana, Honoriusz nie należał do psychicznych ułomków; jest jego przeciwieństwem. Nie ma brzoskwiniowej urody, galaretowatego charakteru i minimalnego talentu, ale za to poszczycić się może niespotykaną pracowitością i uporem w przezwyciężaniu literackich szkopułów.
Tak Honoriusz, jak i Lucjan, nieświadomi czekających zagrożeń, przybywali do francuskiej stolicy (razem z tysiącami innych) myśląc, że są jedynymi, których spotka kariera. Unikalnymi wybranymi w tym ludzkim zlewisku dążeń, podczas gdy już wkrótce mieli przekonać się, że stworzyli sobie nieistniejący obraz świata, w którym nie ma miejsca na sławę i zaszczyty poparte umiejętnościami, a o człowieku nie świadczy zawartość mózgu, tylko pozerstwo, emblemat, nazwisko.
O tym, kim się jest i co się sobą przedstawia, decyduje zawartość sakiewki: można być pokazowym bałwanem, byleby się miało odpowiednie apanaże, koneksje i lada jakie szlachectwo.
Niestrudzony marzyciel, Honoriusz, koneksje miał bajecznie złe, a szlachectwo — od początku do końca wątpliwe, pozostawała mu więc tylko harówka. Tworzy powieść podszytą biografią, powieść o roztrwonionych umiejętnościach i wyśrubowanych nadziejach.
*
A Lucjan? Z łatwością mógł zaspokoić pretensje do seraficznego samopoczucia. Starczyło robić dobre wrażenie, mieć okolicznościowy, zamyślony wzrok polakierowany przenikliwością, odprasowany przyodziewek, głowę w zaświatach i mgle, bywać w salonie, w którym, na stanowisku Poetyckiej Wyroczni zasiadała czcigodna pani Maria Luiza Anais de Bargeton z domu de Negrepelisse.
Starczyło trzymać ją za pulchne łapki, starannie wzdychać do jej podstarzałych wdzięków, mieć omdlałą minę podczas czytania wierszy o kwiatuszkowym życiu usłanym sonetami i być w niej zakochanym od stóp do głów.
W zapyziałej mieścinie Angoulěme, wystarczało. Natomiast w Paryżu — nie. Nie, ponieważ dla Lucjana, barda należącego do kategorii ludzi o miłym sercu, lecz wątłej osobowości, dla Lucjana, chciwego glorii synka pigularza i akuszerki, dla narcyza ponad miarę rozpieszczonego przez matkę i siostrę, dla poety daremnie pchającego się na pokoje z lokajami, wyprawa z prowincji do Paryża, była zapowiedzią zmian streszczających się w iluzorycznym słowie: nareszcie. Nareszcie zostanie zauważona jego wielkość, w końcu znajdzie się na dobrze urodzonym miejscu i jego zdolności zostaną docenione zgodnie z ich kolosalnym rozmiarem.
Lecz w mieście stołecznym, w skupisku poetów lepszych od niego, w metropolii wielokrotnie przewyższającej małomiasteczkowe śmiesznostki, wśród dywizjonów elokwentnych bawidamków, wpisowe za zadawanie szyku stawało się zbyt wysoką ceną dla ludzi pokroju Lucjana; ginęli zagryzieni przez tłum sobie podobnych, rozpaczliwie walczących o uznanie, a tęsknota za powodzeniem umniejszała ich niedawne skrupuły.
*
Lucjan wiódł życie finansowo skromne: prowadzone na cynowej zastawie zamiast na porcelanowych talerzach. Wymagało od niego poświęceń, kompromisów, ustępstw. Powolnego, lecz nieuchronnego wycofywania się z marzeń o szybkim bogactwie i wielkiej sławie. Rezygnacji z poprzednio wyznawanych ideałów.
Takie życie nie sprzyjało wątłym naturom: Lucjan, rzucony na głęboką wodę paryskiego bajora, nie był w stanie utrzymać się na jego powierzchni, a co dopiero płynąć pod prąd. Paryż, sierociniec szczęśliwości, podziemna oranżeria złudzeń, okazał się lęgowiskiem sceptycznych poglądów; zmienne nastroje społeczne, splecione z chłodnym rejestrowaniem ludzkich zachowań, uzależnione od smaku i obyczajów narzuconych przez egzystencję, wyznaczały ludziom dualistyczną rolę.
*
Zanim przybywający do Paryża geniusze poezji nauczyli się redukować swoje przymusy i zachcianki, nim zadowolili się lada kanciapą i skromnym jedzeniem za Bóg zapłać, przyszło im nieraz złorzeczyć na topniejące zapasy wiktuałów przywiezionych z prowincji i żałować nazbyt pochopnej decyzji o podboju stolicy.
*
Zasiedziali wyżeracze paryscy wykorzystywali naiwność owych natur, starając się wycisnąć z nich wszystkie pozostałe soki uczciwości i obrócić je na swój pożytek: wiedzieli, że głodny, obdarty, zaniedbany artysta, przybysz z dalekiego departamentu nadziei, szybciej zawrze pakt z szatanem, aniżeli — syty.
W ten sposób rozmnażały się kadry szubrawców o gołębim sercu; duchowi zdechlacy godzili się na paradowanie w kolczatce z mrzonek. Stawali się moralnymi brzuchomówcami: wtykali własne zapatrywania do kieszeni i tracili energię na rozsiewanie dwulicowych uśmiechów.
*
Lucjan, podobnie jak Balzak, jest człowiekiem o dyskusyjnym szlachectwie. Jak Balzak, ma nieprzyjemność zaznajomienia się z dziennikarskimi kurtyzanami. Samotny i nieznany, gnieździ się w obskurnym pokoiku i jada w niewystawnej knajpie u Flicoteauxa. Odkrywa, że w salonach, buduarach i garsonierach, w miejscach zakłamanych intencji i fałszywych luster, rządzą te same, snobistyczne prawa, co tam, skąd uciekł.
Konstatuje więc, że nie ma różnicy między umysłową nędzą zaścianka, a nędzą wielkomiejskich umysłów, gdyż miejsca te dzieli tylko skala, tylko proporcja.
Zapowiedź zwycięstwa
Rok 1831 był zaznaczony "Jaszczurem", filozoficznym zamyśleniem nad rolą czasu w życiu człowieka i ulotnością jego pragnień. Początkowo traktuje swoje arcydzieło z lekceważeniem; za blisko siedzi w opowiadaniu, by mieć do niego dystans. Znajdzie jednak godnego kontynuatora: temat przemijania pragnień rozwinie i zmodyfikuje Marcel Proust.
*
Życie, dotąd szare i zatłoczone gwarem ulic, kiedyś dla niego niedostępne, odmieniło się z nagła i jest o nim głośno. Ludzie zaczynają wypowiadać się na temat jego pisania. Oczywiście, że ględzi się jeszcze o jego laskach i przywarach, ale coraz mniej. Co prawda pomniejsze pieski szarpią go nadal, ale czynią tak tylko z przyzwyczajenia do zawiści, a ich dyszkanty i uszczypliwe ataki już nie wyrządzają mu wielkiej krzywdy.
Sukces wywalczony „Jaszczurem”, choć bezsporny i choć rozpoczyna triumfalny bieg ku sławie, pęd sięgający poza granice dającego się przewidzieć jutra, nie przyniósł Honoriuszowi finansowego ukojenia; jak zwykle, nie ma grosza na racjonalne myślenie. Jak zwykle, dba o wydumane interesy; nie inwestuje w teraźniejszość, lecz w ułudną przyszłość.
*
Honoriusz poznaje w Paryżu mechanizmy preparowania wiadomości: tworzenia prawdy z fikcji; fabrykowania dowodów z przypuszczeń. Poznaje cyniczną sforę usługowych mędrców. Mędrców o spożywczym poglądzie na świat. Hordę recenzentów gnojących arcydzieła, a pod niebo wynoszących fabularny chłam. Frazesowych erudytów piszących dla chleba i utrzymania się w dziennikarskim zaprzęgu. Donoszących, ze świętym oburzeniem, o wyczynach Króla po to tylko, by, obsmarowawszy go w jednym szmatławcu, pochwalić za te same postępki w innym, równie przekupnym, lecz należącym do przeciwnego stronnictwa.
*
Dyktatorzy giełdy w rodzaju barona de Nucingen, te urocze Ponsy i Bietki z kolekcji niebogatych familiantów, to stworzone przez niego i żyjące wśród nas typy, typy przecież nie wolne od wad, słabostek, ciągotek, są uzasadnieniem jego kompleksów i pechów; jest mu wśród nich lepiej niż w otoczeniu zwykłych śmiertelników.
Bohater jego utworów, oceniany po latach, nie jest pojedynczą figurką, ale generalizacją: skupia w sobie wszystkie znane i antycypowane cechy, które charakteryzowały honoriuszowy czas. Powieściowy Finot jest nie tylko wizerunkiem jednego dziennikarza swawolnych obyczajów, zgorzkniałym mentorem od siedmiu boleści, lecz emblematem ówczesnego czasu. Sechard z „Cierpień wynalazcy”, to nie odkrywca przepisu na dostatnie życie („Dwaj poeci”), ale symbol epoki, jej rozpoznawczy znak. Ojciec Goriot nie uosabia indywidualnego tatusia wplątanego w miłosne afery swoich córeczek, tylko jest ojcem zbiorowym, jego kwintesencją: syntezą i analizą równocześnie.
Tak jak jest nią (kwintesencją) Felicjan Vernon, żurnalista o fagasowskich przekonaniach, który w domu jest abnegatem i żyje w denerwującym niechlujstwie. Natomiast w towarzystwie, na gościnnych występach, zrzuca z siebie maseczkę niedomytego łachmyty i zaczyna stroić grymasy zawodowego szczęściarza; zależnie od okoliczności jest w odświętnym nastroju i udaje bez reszty szczęśliwego, a dobry ton nakazuje mu sprawianie wrażenia człowieka odklejonego od roboty, figury bez przerwy zajętej wytchnieniem.
*
Świat, w którym tkwi, rządzony jest przez namiętności; przepuszcza je przez filtr swoich przeżyć i doświadczeń. Stworzeni przez niego bohaterowie ugarnirowani są zgodnie z przeznaczeniem, istnieją tam, gdzie ich zasieje. Albo mają cherlawą psychikę, jak gogusiowaty Lucjan Chardon („Stracone złudzenia”), albo, jak Vautrine, pozują na tytanicznych ludzi czynu („Po czemu miłość wypada starcom”). Lub są niczym d`Arthez czy Ludwik Lambert, postaciami uosabiającymi pracowitość, sumienność i odpowiedzialność, postaciami pochodzącymi ze snów o zawrotnej karierze i nieprzeciętnym bogactwie — jego życzeniowymi autoportretami.
Służą mu do przebywania w rzeczywistej iluzji. Alegorie, opisy najeżone metafizyką trudności, nadmierne i często nieuzasadnione odwoływanie się do anielskiej ingerencji, te jego narracyjne obsesje, ta nieprzerwana skłonność do egzaltacji i emfazy, charakteryzowały epokę, w której przyszło mu żyć. Naszą jednak, obfitą w pilnych i akuratnych strażników językowych, nawykłą do powściągliwego i dosłownego wyrażania uczuć (za pośrednictwem dowolnych reguł!), stosowane przez niego sposoby ekspresji irytują. A choć rażą purystyczne, poprawnościowe ucho, pamiętajmy, jak wtedy wyglądał balzakowski świat.
To padół ziemski pełen dramatycznych wydarzeń przetransponowanych na prozę „Ludzkiej Komedii”. Swoiste panoptikum nieprzerwanych obsesji. Szelmowska kraina Pana Kabzy. Przestrzeń, w której „gardzi się człowiekiem, nie gardzi się jego pieniędzmi” („Stracone złudzenia”). To dżungla synekur i niezapłaconych długów: społeczny przekrój historii wyssanych z bytowania.
Balzak przedstawia panoramę rejentów, galerię szpiclów z personelu Corentina, wzorzysty dywan utkany z handlarzy cudzym losem. Szkicuje psychologiczne podobizny wiarusów Cesarstwa („Pułkownik Chabert”). Przedstawia machinacje wokół spadków („Kuzyn Pons”). Opisuje grabieżcze mechanizmy posiadania wysokich a niezasłużonych rent. Krótko mówiąc: zastępuje chudych łajdaków grubymi finansistami („Baron Nucingen”).
Maluje obrazy wymarzonych, lecz odrealnionych jaskiń „dudków z Biesiady” („Blaski i nędze życia kurtyzany”). Bierze na warsztat łatwowierną miłość Estery („Stracone złudzenia”), ślicznej aktorki odizolowanej od autentycznego życia. Kreśli portrety pułkownika Chabert, spensjonowanego rębajły, opowiada o Stefanie Lousteau, dziennikarzynie z gatunku sprzedajnych z rozsądku. Kreśli postacie Magusa, Gobseca, Samamona, Grandeta. Są to przygnębiające kolekcje uczuciowych pokurczów, kreatur niezdolnych do wyjścia poza własne przeznaczenie; mówiąc słowami ojca Eugenii Grandet: „życie to interes”.
CDN