DZIENNIKARSKIE HOPSASA

Wieści, jakie sobie serwujemy na dobry początek dnia, to ploty o rozwodach, zdradach i pogrzebach ludzi znanych z pierwszych stron internetowego śmietnika. Czytane pod pierwszy łyk rozespanej kawy, budzą sprzeciw i hejterskie komentarze. Informacje te sąsiadują z lotniczymi katastrofami, stykają się z natłokiem sensacyjnych michałków, podsłuchanych zwierzeń i materacowych niedyskrecji wywlekanych bez pardonu na jaw.

Nie ma dni bez bombardowania pogłoskami, a im są gorsze, tym cenniejsze. Pies ogryzający człowieka do kości, cieszy się większą sympatią, niż podły los jego ofiary. Natomiast bezdomny wyciągający resztki jedzenia z kubła lub rodzinka głodnych dzików defilująca środkiem placu dziecięcych zabaw, budzą brak zainteresowania, ponieważ gdyby trasa wędrówek dzików przebiegała w pobliżu pomnika obecnego decydenta, to może wiadomość ta mogłaby awansować do działu sensacji z górnej półki.
*
W nie tak odległych, a mocno nadgniłych czasach, skrupulatnie przestrzegano zasady, że radiowym, gazetowym czy telewizyjnym domownikiem zostawał ktoś, kto stanowił przeciwieństwo intelektualnego buraka o wszechstronnej niekompetencji; od przyszłych prezenterów wymagano profesjonalizmu. I nie była to zasada teoretyczna, lecz jak najbardziej obowiązkowa!

Teraz nie ma konkursów na prowadzących program i dziennikarzem zostaje pierwszy lepszy byle kto. Zrezygnowano ze ścisłego przestrzelania reguł, a gęste sito naboru stało się fikcyjnym narzędziem.

Zniknęła korekta tekstów przeznaczonych do publikacji. Zanadto kojarzyła się z ingerencją cenzora.

Błędy gramatyczne i ortograficzne zdarzają się częściej, niż przeważnie.
*
Nawiedziła nas klęska urodzaju nierzetelności. Nastąpiło rozprzężenie reguł i demolka sensu. Okazało się bowiem, że profesjonalistą jest nie ten, co ma pojęcie o wykonywanym zawodzie, lecz ten, co wyżej skacze w rankingach oglądalności.

Mile widziano żurnalistę nie mającego dykcji, zaliczającego wpadki, dającego plamy, popełniającego błędy, kaleczącego polszczyznę i nie znającego się na tym, co mówi lub pisze. Byleby bulwersował, zniesmaczał, rozwścieczał na wizji, zadawał aroganckiego szyku. Byleby było głośno i żenująco, a internet warkotał od sprzecznych ocen.
*
Kiedy myślę o tym, że tracimy czas, zdrowie i wzrok na bzdurne medytacje o niczym ważnym, kiedy wiem, że tyle kluczowych problemów oczekuje natychmiastowych rozwiązań od lat, gdy w oficjalnych serwisach informacyjnych czytam o sprawach nieistotnych, maglarskich i niesprawdzonych, jest mi smutno, bo właściwe dla nich miejsce jest na pismach typu Pomponik. Jest mi niemrawo, bo mam świadomość, ile konkretnych umyka i wsiąka w enigmatyczne kiedyś. Krew mnie zalewa na widok marnowania, odwlekania, starej śpiewki, że znowu nic się nie stało.

Pławimy się w szlamach i odmętach słownego chłamu, omijamy newralgiczne kwestie, których mamy w bród. Nieporuszane, warte są rozpatrzenia, a na pewno interwencji. Lecz nie zajazgotania przemilczeniem. Nie posługiwania się słownictwem pozbawionym truizmów. Nie kierowania się handlarskimi i dobrze płatnymi kryteriami podziwu!

Contact with us



Report this item


You have to be logged in to use this feature. please Register