22 january 2012

22 january 2012, sunday ( A w mojej głowie wojna... )

 Śniła mi się wojna.
 Stałem na podwórku i czekałem. Wszystko było takie samo jak w rzeczywistości, na wschodzie lekkie wzniesienie, Biały Kamień, szczyt będący preludium do Gór Izerskich, na zachodzie rzeka. Dom ten sam i budynek godpodarczy po drugiej stronie podwórka identyczny.
 Dostałem od Amerykanów wielki chełm, nakładany tak, że jego krawędzie sięgały szyi. Pośrodku dwa otwory na oczy, nic więcej. Trochę zardzewiały, jak ten poniemiecki, który znalazłem kiedyś kopiąc ogródek. Musiał mi się skojarzyć.
 Czekałem na kuzyna, ponieważ nie byłem jeszcze przeszkolony w walce, miałem tylko stać i przyglądać się.
 Przyjechał szybko, dziwny, podniszczonym wozem pancernym, podobno pozostałością po Związku Sowieckim. Amerykański chełm, radziecki kask. Po czyjej jestem stronie, do cholery?
- Po odpowiedniej stronie karabinu - odpowiedział kuzyn.
 Wsiadłem do wozu, był tam jeszcze jakiś żołnierz. Pole widzenia było mocno ograniczone przez wąski wizjer, ale widziałem to co powinienem. Na przeciwległym krańcu, już za granicą podwórka ustawiał się snajper. Wielki karabin mocował na mosiężnej podstawie. Kiedy spojrzałem przez lornetkę zauważyłem, że snajper jest kobietą. Piękną, lecz zimną i wyrachowaną żołnierką.
- Zaraz się zacznie - szepnął żołnierz w pojeździe.
 I faktycznie, zaczęło się. Od strony szczytu schodzili ludzie w turbanach, kiedy doszli do granic podwórka, zorientowałem się, że to spora grupa Arabów. Między domem, a budynkiem gospodarczym jest jakieś 20 metrów przestrzeni, postanowili pokonywać ją pojedynczo.
 Pierwszy Arab ruszył pewnym krokiem, strzał snajperki i pada martwy. Drugi, to samo, później trzeci, czwarty i piąty. Dopiero wtedy Arabowie zorientowali się, że to nie ma sensu. Wycofali się w góry, tam będą bezpieczni. Póki co.
 - Podwórko bezpieczne! - krzyknęła snajperka - Arabowie nie przeszli naszych granic.
 
 Później stałem na jakiejś stacji paliw, na głównej drodze zrobił się korek, a między setkami samochodów próbował się przepchać motocykl z koszem. Wielki, czarny Junak huczał mocnym silnikiem. Poznałem kierowcę, to żołnierz, który towarzyszył kuzynowi w pancernym pojeździe. Podbiegłem do niego i próbowałem wskoczyć do kosza, ale on przyśpieszał. Krzyczałem, że zostałem wyznaczony na obserwatora, że muszę uczyć się strzelać. Ale on, zajęty przepychaniem się w korku, nie zwracał na mnie uwagi. W końcu odwrócił się i krzyknął:
- Rozkazy zostały zmienione, nie będziesz się uczył, nie pojedziesz na wojnę. Wojna przegrana! Wracaj do siebie.
 Stałem jak wryty, a kierowcy wrzeszczeli, żebym zszedł z drogi. Krzyczałem, że tak być nie może, że dość już powszechnej manipulacji i podejmowania decyzji za mnie i beze mnie. Moje podwórko nie jest gorsze!
 Wszedłem do sklepu, w którym para Arabów próbowała zapłacić rachunek za prąd. Sprzedawca tłumaczył, że źle wpisali numer konta, kobieta płakała i zarzekała się, że wpisała dobrze, mężczyzna tłukł ją niemiłosiernie po całym ciele, kopał i wydzierał się, że jest zwykła szmatą, dziwką i, że jego brat Ahmed Jakiśtam miał rację, że tylko splami jego honor. Ludzie stali z boku, patrzyli ze strachem w oczach, sprzedawca schował się za ladę. Krzyczał, że jak straci pracę, jego dziecko umrze...

 Obudziłem się z piekącym żołądkiem i zaciśniętymi mięśniami brzucha. Byłem tak spięty, że nie mogłem się ruszyć, z trudem usiadłem na łóżku i wyrównywałem oddech.
 Rano wyszedłem z psem i zacząłem zastanawiać się skąd to się wzięło.
 Czyż karmiona przez media nienawiścią do Muzułmanów podświadomość przepełniła się już na tyle, że ta cała papka wylała się na śpiący i niczego nie podejrzewający umysł?
 Nie znam żadnego Araba i żaden mnie nigdy nie skrzywdził. Nie chcę z nimi walczyć. Z szybkością błyskawicy przelatywały mi przed oczami obrazki samolotów rozbijających WTC, płonącego Bagdadu, wrzeszczących muzułmanów z karabinami, a nad wszystkim dominował obraz okładki książki, którą zobaczyłem gdzieś w sklepie. Twarz Arabki wypalona kwasem i krótki opis, że zrobił to jej brat z ojcem, bo sprzeniewierzyła się własnemu mężowi.
 - Piesku - szepnąłem do przyjaciela - a dlaczego nie zaatakują Korei Północnej? Tam ludziom też dzieje się krzywda, jeszcze większa. Bo Korea nie ma ropy? Nie będziemy już oglądać telewizji, manipulują nami, wmawiają, że Boże Narodzenie jest po to by robić zakupy, że jutro jakiś Arab zajmie moje miejsce pracy za połowę ceny, że jest jakiś kryzys, a ja muszę zrzucić się na kraj, którego nie znam, bo tam ludzie nie chcą spłacać kredytów. Wmawiają mojej żonie, że jest gruba i powinna łykać tabletki, a ja noszę nie takie spodnie jakie powinienem. Wmawiają mi, że frytki z McDonald`sa są zdrowe, a jak się nie posmaruję kremem, to będą stary i brzydki.
 I jestem nie na czasie, bo nie lubię tańczyć.

 Ale wojna? Dlaczego wojna? Może to podświadoma obrona przed praniem móżgu?

 Żona pojechała do pracy, dziecko zasnęło. Mam chwilę dla siebie, włączam płytę, nastawiam "Imagine" Johna Lennona, odprężam się, luzuję.

 "Wyobraź sobie że nie ma krajów
To nie jest trudne do zrobienia
Nic dla czego można byłoby zabić albo umrzeć
Żadnych religii
Wyobraź sobie wszystkich ludzi
Żyjących w pokoju

Możesz mówić że jestem marzycielem
Ale nie jestem jedyny
Mam nadzieje że któregoś dnia przyłączysz się do nas
I świat będzie żył jako jeden"

 


list of responded items:

 

choose your artistic answer

 


number of comments: 2 | rating: 0/9 | report | add to favorite

Comments:

Ania Ostrowska,  

Szukałam Cię na prozie a Ty tu :) Parę drobiazgów trzeba poprawić np.powtórzenia chełm-chełm zaraz na początku, ale generalnie jest bardzo dobrze, historia wciąga i nie popuszcza aż do Lennona :) Pozdrawiam

report |

MARCEPAN 30,  

Chełm poprawiłem, już jest jeden :)

report |




Terms of use | Privacy policy | Contact

Copyright © 2010 truml.com, by using this service you accept terms of use.


contact with us






Report this item

You have to be logged in to use this feature. please register