Zmiana sposobu prezentacji
I po co to wszystko, zwierzaki.
I po co to wszystko, zwierzaki.
Jeżeli chodzi o dzisiejszą prognoze pogody wygląda na to że dziś nie rusze się z domu i wam też radzę. Mają być śnieżyce, burze piaskowe, tornada i lekka mżawka. Ale jak już nastąpi taka potrzeba bo trzeba zawieść dzieciaka do szkoły, iść na spotkanie o które zabiegałeś z tysiąc lat, przetestować nowy produkt firmy produkującej przeciwatomowe parasole. To trzeba zebrać się w sobie podkulić ogon i wyjść. I nie jest to miła wycieczka do Ascot gdzie jeśli przypominasz kobiete powinieneś założyć jakiś durnowaty kapelusz żeby nie wzieli cię za konia i nie popędzili do boksu gdzie nafaszerują twoje biedne ciało całą Tablicą Mendelejewa w ciągu pięciu minut. A jeśli drzemie w tobie pierwiastek męski, wciskasz na czubek głowy rure od rurociągu naftowego i wszystko jest wporządku. Poza idiotycznym wyglądem i tym że wszyscy wkoło będą wiedzieć że pracujesz na platformie gdzieś na M. Północnym. I nikt nie zamieni z tobą ani jednego słowa. Czasami lenistwo jest czymś wspaniałym. Ale nie myśl że to jakaś głęboka filozofia, która wszystko załatwi za ciebie.To raczej szczególna forma wyrażania stosunku do świata, niespieszny pochód myśli, a spolegliwy ruch powiek jaki się przy tym zdarza, nie jest może czymś szczególnie atrakcyjnym w tych śpiesznych i multimedialnych czasach ale ludzie uprawiają lenistwo namiętnie. Widać to w ilości (...)
--- cały tekst ---
Francuskie perypetie.
Jeżeli byliście na Ile d`Quessnt zdziczałej wyspie niedaleko Brest, gdzie jest więcej owiec niż ludzi, a kobiety muszą być szkaradne skoro to one oświadczają się mężczyznom o fizjonomii nurzyka wielkiego. To macie szczęście, ja nigdy tam nie dotarłem. Może dlatego że nie lubię ruszać się z domu, a może dlatego że podróżowanie nie jest tym co lubię robić najbardziej. Bo albo trafisz na niemowlaka z zacięciem operowym, którego rodzic uśmiecha się miło, a masz chęć sprać obydwoje i wywalić z lecącego samolotu na jakąś bezludną wyspę. Albo dzieciaka z HD/HD który jeśli jest tylko w miarę spokojny wymorduje połowę załogi Boeinga do pierwszego międzylądowania. I nie dajcie się zwieść reklamie. Orlean ten z Joanną d`Arc w tle nie jest tym o czym marzyłeś, to uprzemysłowione miasto szkaradnie brudne i tandetne. Gdzie każdy napotkany pies ma jakąś fatalnie wyglądającą chorobę, która przypomina trąd. Fasady domów są obskurne i jakby miały się zaraz na was zwalić. Jedyny sensowny sposób aby spędzić tam miło czas to zrobić pranie, podłubać niekulturalnie w nosie, wypożyczyć zardzewiały rower w cenie Bentleya i spotkać sympatycznego toaletowego o skłonnościach jednego z Teletubisiów. W hotelowym pokoju łuszcząca się farba ma właściwości noworocznego konfetti, krany ciekną tak że nie masz szans aby zasnąć, a zapach jaki wydziela się w kabinach (...)
--- cały tekst ---
Rehab
1
Drewniane żaluzje pokryte kurzem przepuszczały rozproszone słoneczne promienie, chłodne jesienne życie co skrzy się na przeróżnych zbytecznych przedmiotach. W pokoju po którym szalało niezdecydowane światło panował bałagan. Bałagan który cechował jednak jakiś ukryty porządek. Dom w którym mieszkam z innymi lokatorami, stał przy West Road, ślepej zapomnianej uliczce. Główne wyjście z domu prowadziło wprost na ruchliwą hałaśliwą ulicę po której przetaczały się przez całą dobę samochody. Była to głównych arteria miasta, która łączyła południe z północnymi dzielnicami. Kiedy wprowadziłem się, a było to jakieś trzy lata temu. Nie wierzyłem że uda mi się tu kiedykolwiek zasnąć. Bo też tak było na początku. Próbowałem różnych metod od banalnego liczenia baranów, skatowania się w pracy aby po przyjściu paść na łóżko z wyczerpania, upicia kilkoma butelkami wina. Poza tym oprócz hałasów z ulicy już pierwszej nocy ujawniły się również inne z których nie zdawałem sobie sprawy. Lokator piętro wyżej czy też lokatorzy ba czasami musiała być ich cała gromada, właśnie kiedy kładłem się spać urządzali dzikie gonitwy, przestawiali meble. Nie mówiąc już o chodzeniu w szpilkach, warczącej przez całą noc pralce czy namiętnych odgłosach kończących się przeraźliwym kilkuminutowym wyciem do księżyca. Z czasem jednak odgłosy te stały się tak powszechne że nie zważałem (...)
--- cały tekst ---
Sen to za mało
Tuesday.
Jest godzina trudna do określenia. I nie z tego powodu że nie można jej fizycznie jednocześnie wyznaczyć, określić pewnie można( może być dobrze 16:00 lub 24:00 jest to w tym przypadku rzecz względna, umowna). I umówmy się żeby było wygodniej dla was że jest to ta godzina jaka wam najbardziej odpowiada. No nie wiem ta godzina kiedy wracacie z pracy. Po obiedzie pijecie kawę wykąpani z turbanem na głowie siedzicie w waszym ukochanym miejscu. Przytuleni do welwetowych obić fotela czy sofy. Ich beżowy kolor pasuje jak ulał do nastroju jaki was dopada. I macie chęć, nieodpartą ochotę na ten nastrój właśnie. Na niskim stoliku. Jego szklanym blacie w kolorowe obwarzanki. Stemple pozostawione po szklankach z napojami. Kładziecie czyste wyszorowane stopy. Bez cienia zrogowaciałego naskórka. Ale i tak wydają się jakieś pomarszczone i nie nasze. Takie zwyczajne stopy człowieka którego czasami coś tam uwiera. Coś tam swędzi, drapie. Jakiś załomek źle założonej skarpety czy pończochy. Okruch który przypadkiem dostał się między piętę a wasz cały świat. O którym nie możecie zapomnieć do momentu kiedy nie zrzucicie buta. Opukacie nim wszystko co może spowodować że na koniec wreszcie wypadnie to co dało wam poczucie dyskomfortu. (wasza głupota) (szklane oko czy część sztucznego uzębienia). Ale nie stopy są wasze. Polakierowane na czerwono paznokcie są wasze. Małe kostki na (...)
--- cały tekst ---
Z okna bez szyb.
Długi
drewnopodobny blat stołu upstrzony licznymi ranami od noży i
tasaków. Przy nim jak nieodłączni bracia cztery taborety.
Ascetyczne i niedostępne jakby stworzone dla sępów, które
zlatują się w porze obiadu. Całość, stół i taborety
ustawione pod oknem bez szyb. Ramy są poplamione i porysowane jak
dusze jak widok z trzeciego piętra, który nigdy nie jest
widokiem czystym i zadowalającym. Jak farba co złazi z
niechcianego dnia. Każdy ułamek zieleni przyczepiony do
strzelistych topoli niknie w rdzawych kolorach jesieni.
Początek,
poniedziałek.
Dzieciak
z kolorowym bohaterem rysunkowym właśnie spadł z huśtawki.
Otrzepuje ubrudzone spodnie i dopiero po chwili zaczyna płakać,
trzymając wykręconą rękę w nienaturalny sposób. Płacze
wyje i wyje wiatr przez który biegnie jego matka. Czarne
rozwiane włosy, kloszowa spódnica w czarno- białe kwadraty,
zielony płaszczyk, zgnito- zielony szeleszczący zniewagami, gniewem
ale i tym dobrym słowem. Krzyk nadal płynie, przepływa przez
uschłe badyle w niebo na którym ukazało się słońce.
Przemówiło ?. Nie to radio wszechobecne i niemilknące w
słowa i lęki rozciągnięte w pajęczej sieci.
Powieki
zamrugały, łyk czarnej jak smoła kawy. Ciepły płyn z (...)
--- cały tekst ---
Dzień
pierwszy.
To
dość dziwne doświadczenie piszę coś o czy nie mam pojęcia.
Jakiś początek nie dający się przewidzieć w skutkach. Leże w
łóżku jest czwartek a może inny dzień. Za oknem kawałek
Londynu. Jedna długa ulica gdzieś na jego południowo- zachodnim
krańcu. Szary dzień, idealny na kilka chwil refleksji nad tym
dniem. Może życiem, może raczej jego objawami. Kiedy strzyka mnie
w plecach, kicham i prycham na wszystkie strony świata
przeziębieniem. Płuca ciężko pracują nad tym aby jakoś tam
dostarczać tlen do organizmu. Oczy łzawią przy każdy ruchu
powiek, świetlnym błysku jaki do nich dotrze. Zapaliłem
papierosa jest ohydny i nie wiem czemu to robię. Popielniczka jest
prawie pełna i śmierdzi petami. Ahmed uśmiech się bardziej
sztucznie niż zawsze kiedy kupuję świeże owoce. Za to Ami nie
przestaje paplać o produkcji ekologicznej żywności. Lubie jej
gadaninę zawsze mnie czymś zaskoczy. Jakimś nowym spojrzeniem na
to co wydaje się od wieków oczywiste. Ma jakiś dar. Po
chwili jej wywody rujnują kompletnie twoje życie. Przez co
masz szanse na nowe bardziej pełne. Ale czy nie bardziej nudne niż
obecnie. Następny nudny dzień w nudnym pubie. Kiedy masz chęć
podzielić się opłatkiem z całym światem (...)
--- cały tekst ---
Biały
pies
Dochodziła
siedemnasta, obok mnie....
Drzwi
których podjąłem się odnowienia nie były jakimiś
starożytnymi wrotami do odległych czasów. Stanowiły
standard jaki można zakupić za góra 50 funtów w
każdym ze sklepów który oferuje stolarkę budowlaną.
Biel farby jaka je pokrywała była najdziwniejszą bielą jaką
widziałem. Miała w sobie wszystkie jej odcienie i niuanse barwne
starych mistrzów holenderskich. Tak że przy bliższym się
przyjrzeniu doszedłem do wniosku że biel jako taka nie istnieje tak
jak pustka. Kiedy dotykałem dłonią nierówną strukturę.
czułem ciepło i chłodny porywisty wiatr oraz inne żywioły które
starały się nawiązać jakikolwiek dialog z pomalowanym drewnem.
Leciwa hrabina o popielatych włosach i zmarszczkach jakich nigdy w
życiu nie widziałem. Stała obok kiedy oceniałem stan drzwi.
Chciała wiedzieć co będę robił i jak będzie przebiegał plan
prac. Wyjaśniłem że nie można ich już malować ponownie,
pokrywać następną warstwą farby. Zaproponowałem że najlepszym
wyjściem będzie jej opalić i zedrzeć wszystkie warstwy farb.
Docierając tym samym do “ żywego drewna”. Hrabina skrzywiła
usta, ale nic nie powiedziała. Z niepokojem który miała w
oczach przyglądała się tylko to mi to drzwiom. Psu (...)
--- cały tekst ---
