Mirosław Witold Butrym
WSZYSTKIE PRACE Poezja (132) Proza (2) Fotografia (233)
O autorze Znajomi (1)

Zmiana sposobu prezentacji

Gangster

 
Bob był prawdziwym gangsterem, całe życie uprawiał ten
proceder, szło mu nieźle, był jednym z lepszych w swoim fachu, wprawdzie nie
lubił swojej roboty, ale dla forsy wyzbył się skrupułów. Specyficzny fach,
wymagał od niego bycia twardym, zabił już wielu wrogów mafii, to cechowało jego
byt i stało się codziennością jak poranne mycie zębów. Nie narzekał na to co
musiał robić i choć ciągłe pociąganie za spust nie mogło mu dawać satysfakcji,
nie mógł po prostu odejść, to by oznaczało koniec jego życia, poszedł by za to
do piachu, gryzł ziemię z kulą w głowie, lub znalazł na dnie rzeki w butach z
betonu. Boss mafijny Frank Boro właśnie zlecił kolejne zadanie likwidacji szefa
firmy budowlanej, które Bob miał wykonać dla niego. Proste, likwidacja celu i kłopot
z głowy, poza tym nie dać się złapać i nie zostawić żadnych śladów na miejscu
zbrodni, robota miała być czysta, wszystko dopięte na ostatni guzik. Dostał
wszystkie potrzebne informacje, znał nazwisko i adres, wiedział o której
wychodzi z pracy i gdzie lubi spędzać swój wolny czas. Musiał udać się do
Manhattanu, wcześniej jednak skontaktować z Wiktorem, pirotechnikiem
pochodzenia polskiego i członkiem gangu podległego pod Franka, którego znał od
dłuższego czasu, w tym właśnie celu pojechał do Queens, miał tydzień, żeby
sprzątnąć (...)

--- cały tekst ---

Zbrodnia

 
 
Pierwsza myśl zaistniała, zabiję te bydle, ludzkie zwierzę,
po co ma żyć skoro zabił mi brata, pomyślał Hubert pałający chęcią zemsty,
sfrustrowany pijąc w samotności whisky.
Wiedział jak to zrobić, więc wszystko  przemyślał dokładnie. Policja już znała
personalia mordercy, był nim. Karol S. Recydywista, chuligan z sąsiedniego
osiedla., a od swojej znajomej, która była świadkiem  wiedział, że to właśnie on był winny śmierci
Marka. Na policję w zasadzie nie liczył, bo wielokrotnie już do nich dzwonił,
nieudolni stróże prawa jeszcze nie pojmali sprawcy, pożytek z nich żaden, lecz
jedno potrafią najlepiej, przyłapać na piciu i mandat wlepić pod sklepem.
Wiedział, że tak być nie może, trochę wstawiony nie myśląc zbyt długo wziął
telefon i zaczął dzwonić do kumpli, swoich starych znajomych, miał przecież
wielu przyjaciół, którzy mogli mu pomóc. Tak się składało, że kilku z nich to
dresiarze i dealerzy, ale równi goście, zawsze chętni żeby komuś przylać. Znał
ich jak własną kieszeń, w końcu kiedyś byli kolegami z podwórka, a teraz z
innej części miasta. Jeden z nich miał ksywę Iwan, stary dres i szalikowiec,
lubił zadymy po meczach, a co najważniejsze miał sprzęt, kije do gry w baseball
i kastety, to wystarczyło żeby był przydatny. Zaś na drugiego mówili Piła,

--- cały tekst ---

Kontakt z redakcją



Zgłoś nadużycie


Opcja dostępna tylko dla użytkowników zalogowanych. Zarejestruj się