Zmiana sposobu prezentacji
Gdy świecił księżyc - Rozdział szósty.
Rozdział szósty – Trop.
Czwarty grudnia, poniedziałek.
Dziś po raz pierwszy jadłam obiad w szkolnej stołówce. Tata doszedł do wniosku, że szkolne obiady będą dla mnie o wiele zdrowsze niż jedzenie, które kupuje na mieście. Ciekawe czy chce ograniczyć mi fast foody, bo za dużo ważę? Pewnie tak.
Podczas obiadu nie mogłam przestać rozglądać się po stołówce. Ta szkoła musiała być budowana za komuny, wszystko tu aż pachnie PRL-em. Świetny klimat! Nie mogłam oderwać wzroku od lodowato niebieskich ścian. Te wszystkie ozdoby świąteczne, łańcuchy anielskie na ścianach tworzą super kontrast! Mogłabym pić tu gorący kompot godzinami. Ze względu na moją nadwrażliwość dźwiękową wychowawczyni pozwoliła mi jeść obiady podczas godziny wychowawczej. Niestety wychowawczą mamy tylko w poniedziałki. Nie mam pojęcia, jak przetrwam resztę tygodnia na stołówce. Jabłońska oczywiście nie chciała puścić mnie samej. Początkowo miała towarzyszyć mi Gąbka, lecz Gajewski wezwał ją do swojego gabinetu w sprawie jakichś dokumentów. Jabłońska wyznaczyła więc Olgę do tego zadania. Chyba po raz pierwszy widziałam na jej twarzy coś na kształt uśmiechu. Aż tak źle czuje się w tej klasie, że nawet serwowanie mi obiadu jawi się jej jako wybawienie?
Stwierdziłam, że nie mogę zmarnować takiej okazji. Druga może się nie trafić. W kompletnej ciszy pałaszując schabowego z (...)
--- cały tekst ---
Gdy świecił księżyc - Rozdział piąty.
Rozdział piąty – Chłodna aura.
Dwudziesty siódmy listopada, poniedziałek.
Uwielbiam zimę. Wiem, brzmi to kuriozalnie z ust niepełnosprawnej dziewczyny, której ta pora roku sporo utrudnia, ale tak jest. Kocham szare osiedla zasypane białym puchem. Szczególnie po zmroku. Wydają się wtedy o wiele bardziej tajemnicze, biedne, melancholijne. Czemu ciągnie mnie do takich klimatów? Zakładam, że jest to skutek uboczny namiętnego słuchania rosyjskiego postpunku. Wiem, że to niepoprawne politycznie, ale ruscy robią naprawdę dobrą muzykę.
Przemyślenia podobne do tych wyżej snułam podczas dzisiejszego chodzenia na bieżni. Dostałam ją od Stefka. Brat w sierpniu dostał jakieś dofinansowanie na sprzęt do gabinetu, a że stara bieżnia nie była jeszcze najgorsza, to dał ją mi. Zbiegło się to z moimi urodzinami, więc dostałam ją na piętnastą rocznicę narodzin. Nie stać nas na rehabilitację więcej niż dwa razy w tygodniu, nawet przy zniżkach które mamy. Rodzice unieśli się honorem i nie założyli mi subkonta w żadnej z dostępnych fundacji. Bieżnia jest więc świetnym uzupełnieniem rehabilitacji. Korzystam z niej regularnie, gdy jest już za zimno na spacery w pobliskim parku. Tak jak teraz. Dziś w trakcie treningu byłam asekurowała przez panią Basię. Chodziłam na najwolniejszej możliwie prędkości i w milczeniu patrzyłam na licznik.
W pewnej chwili usłyszałyśmy odgłos (...)
--- cały tekst ---
Gdy świecił księżyc - Rozdział czwarty.
Rozdział czwarty – Pułapka.
Dwudziesty drugi listopada, środa.
W głowie nieustannie tkwiły mi słowa Stefka. Wiedziałam, że ma rację. Powinnam pogadać z Gajewskim, jeśli faktycznie chcę pomóc Oldze. Niestety w podbramkowych sytuacjach uaktywniają się najgorsze cechy mojej osobowości. Jedną z tych niechlubnych przywar (tak jakby przywary mogły być chlubne!) jest moja odwaga cywilna, która objawia się w wartościach ujemnych. Przez cały poniedziałek i wtorek czułam się nieźle rozdarta pomiędzy własnymi lękami a tym, co powinnam.
Dziś jednak los zdecydował za mnie. No, może nie los.
Zaczął się W-f. Wszystko miało przebiegać tak jak zwykle. Właśnie zastanawiałam się, czy wejść na TikToka, czy może poczytać, gdy do klasy wszedł uśmiechnięty dyrektor.
-Alino, możemy porozmawiać? Zapraszam cię do mojego gabinetu.
Zgodziłam się, bo co innego miałam zrobić? Zanim wyszłam, zauważyłam wpatrującego się we mnie Wiktora. Wyglądał na szczerze zaskoczonego.
**
Dyrektor najprawdopodobniej wie o moich lękach. Podczas drogi mnie asekurował. Miły z niego człowiek.
Gabinet dyrektora jawił się w mojej wyobraźni jako ciemne pomieszczenie pełne skórzanych mebli. Tymczasem ściany pomieszczenia Gajewskiego są koloru jajecznicy, a przestrzeń wypełniają białe, lekkie meble z Ikei. Jedynie dwa, głębokie, pluszowe fotele wyłamują się z (...)
--- cały tekst ---
Gdy świecił księżyc - Rozdział trzeci.
Rozdział trzeci – Moc rozmowy.
Piętnasty listopada, Środa
Dziś moja klasa miała W-f. Dla mnie i Wiktora oznacza to siedzenie w pustej klasie. Zazwyczaj każde z nas zajmuje się sobą. Najczęściej gapię się w telefon przeglądając TikToka, ewentualnie czytam. Dziś mój kolega postanowił przerwać ciszę.
- Ej, Alina?
-Hm? - Mruknęłam, próbując nie przerywać czytania. Nie wyszło jak zwykle.
- Masz zamiar przeczytać taką cegłę? - Ruchem głowy wskazał na czytaną przeze mnie powieść. Fakt, „Narzeczona z powstania” liczy ponad pięćset stron, sama zastanawiam się, czy dotrwam do końca. Zazwyczaj czytane przeze mnie książki liczą około trzystu stronic.
- Taki jest plan, mam nadzieję, że dam radę. - Uśmiechnęłam się, bo tak wypadało. Moje wymuszone uśmiechy zawsze wyglądają cierpko i nienaturalnie. Zastanawiałam się, czy tym razem też tak było.
-Jak dobrze, że na godzinę mam spokój od tego debila! - Wiktor szybko zmienił temat, przeciągając się w ławce.
- Debila?
-No, o Janku mówię.
- O tym Janku? Klasowej gwieździe? Przecież razem siedzicie na lekcjach, na przerwach zachowujecie się niczym bliźnięta syjamskie.
-Widać, że nie ogarniasz hierarchii w społeczeństwie i kontaktów międzyludzkich. Czasami trzeba poudawać, by nie wzięli cię na celownik. A tak mam spokój.
- Olga też nie ogarnia? Dlatego tak jej unikają? - Już dawno (...)
--- cały tekst ---
Gdy świecił księzyc - Rozdział drugi.
Rozdział drugi – Zlękniona sarenka.
Szósty listopada, Poniedziałek.
Mam jeszcze chwilę do przyjazdu busa, postanowiłam się tu trochę wygadać.
Siedzę, popijając kakao i zastanawiam się którą książkę wziąć do szkoły, by umilić sobie przerwy. Czy w ogóle można czytać na przerwach? Co się w tym czasie robi? Czy nauczyciele jakoś to kontrolują? Czy trzeba stać na korytarzu? A może są tam jakieś ławki albo krzesła? Mało pamiętam z zerówki i pierwszej klasy podstawówki. Nawet jeślibym sporo pamiętała to i tak pewnie na niewiele by się to zdało. Mało wiem o szkole, ale na pewno nauka w liceum nie wygląda jak ta w podstawówce. Długo zastanawiałam się nad dwiema aktualnie czytanymi przeze mnie powieściami. Pierwsza to „Idol w ogniu” autorstwa Rin Usami, druga pozycja zwie się „Szkoła niemieckich narzeczonych”, spod pióra Aimie K. Runyan. Zdecydowałam się na pierwszą pozycję ze względu na mniejszy format. Interesuję się Japonią od jedenastego roku życia. Wiem, że nie powinnam, ale czuję jakąś dziwną satysfakcję z tego, że mam niszowe zainteresowania. Radość jeszcze bardziej mnie rozpiera, gdy pomyślę o tym, że są co prawda ludzie, którzy interesują się krajem wschodzącego słońca, aczkolwiek zazwyczaj skupiają się na mandze i anime. Ominęłam, zignorowałam te banalne wabiki dla obcokrajowców. Ja zostałam przy tamtejszym rocku i nierysowanych serialach. A (...)
--- cały tekst ---
Gdy świecił księżyc - Rozdział pierwszy.
Rozdział pierwszy. - Socjalizacja na siłę.
Trzydziesty pierwszy października, wtorek.
Fajnie jest mieć brata fizjoterapeutę. Szczególnie gdy jest się niepełnosprawną panienką. Zdecydowanie nie lubię określenia „nastolatka”. Kojarzy mi się z patrzeniem na mnie i moje problemy z góry, bo w końcu jestem tylko nastolatką, gówniarą. A to, że mam piętnaście lat, nie oznacza, że moje problemy są mniej ważne od zmartwień ludzi ze starszego pokolenia. Teraz siedzę na spokojnie w moim pokoju i nawalam klawiszami w Worda. Postanowiłam zacząć pisać pamiętnik, bo czeka mnie sporo zmian, no ale o tym później. Teraz muszę opisać wszystko chronologicznie. To musi mieć ręce i nogi.
Dziś, gdy jechałam na rehabilitację do Stefka, nie miałam śmiałości odezwać się do ojca. Dziś był zdecydowanie bardziej rozdrażniony niż zwykle. Dawniej zupełnie nigdy się nie wkurzał, ale to było kiedyś. Wszystko, co złe, zaczęło się równo rok temu. Mama wyszła z domu, zostawiając na stole w kuchni enigmatyczną kartkę. Według listu mama miała dość życia z niepełnosprawną córką i mężem pracoholikiem, który spędza więcej czasu ze swoimi studentami na uniwersytecie niż z własną rodziną.
- Alina, czy nie mogłabyś się w końcu nauczyć chodzić bez tych kul? Tak wiele osób z porażeniem chodzi bez kul, ewentualnie ze zwykłymi. - Ojciec odezwał się ni z gruszki, ni z (...)
--- cały tekst ---
Nela i róże przeszłości - Rozdział szesnasty.
Rozdział szesnasty – Prawdziwa przyjaciółka.
Dwudziesty sierpnia, niedziela.
Dziś są urodziny mamy. Z tej okazji razem z Laurą postanowiłyśmy zrobić mamie niespodziankę i jak co roku kupić jakiś drobny prezent. We wszystkim uprzedziła nas Ela, która zaproponowała upieczenie tortu za darmo. Z radością przyjęłyśmy propozycję, aczkolwiek zapłaciłam jej pięćdziesiąt złotych. Laura spędziła wtedy u Kozłowskich całkiem sporo czasu. Odpowiadała za organizację całego wydarzenia. Pomagała również piec tort.
Nie była to jakaś wielka impreza, oprócz domowników zaproszeni byli jedynie Ela i Wiktor. Całe przyjęcie było niespodzianką. Chciałyśmy z Laurą wtajemniczyć również Tadeusza, lecz nie było w tym większego sensu, bo od rana dość potężnie dawał w gaz. Z ulgą przyjęłam to, że Elka nie kupiła zbyt wiele alkoholu. Przynajmniej mama się nie upije. Trudno by była wstawiona po czteropaku piwa, który trzeba było rozdzielić na parę osób. Oprócz tego na stole został postawiony słaby likier. Niestety nie udało mi się wykręcić przed wypiciem szklaneczki tego ostatniego. Na szczęście zamroczyło mnie tylko na chwilę. Wszyscy mieli nadzieję, że po alkoholu stanę się bardziej otwarta, rozmowna. Chyba ich zawiodłam, bo milczałam jeszcze bardziej niż zwykle.
Prawdę mówiąc, byłam zbyt zestresowana wizją kolejnej awantury. Od czasu powroty mamy i ojczyma z urlopu (...)
--- cały tekst ---
Nela i róże przeszłości - Rozdział piętnasty.
Rozdział piętnasty – Obojętna dziewczynka.
Dziewiąty sierpnia, środa.
Poprzedni tydzień dał mi sporą nadzieję, na to, że Wiktor nie zechce już poruszać tematu poszukiwań mojego ojca. To wszystko jest strasznie dziwne! Z jednej strony chcę wiedzieć, kim on jest, a z drugiej czuję się niekomfortowo na samą myśl o przeprowadzaniu poszukiwań. Wiktor i Laura są w tę sprawę zaangażowani o wiele bardziej niż ja! Tak jakby w ogóle mnie to nie obchodziło. O co w tym wszystkim chodzi?!
Dziś korzystając z dłuższej nieobecności Elki, Wiktor z Laurą postanowili przeszukać sypialnię mamy i Tadeusza w poszukiwaniu czegokolwiek o moim ojcu bądź nadmorskiej znajomej mojej matki. Według Wiktora owa znajoma może mieć wiele wspólnego ze sprawą mojego ojca.
Protestowałam przeciwko poszukiwaniom, szczególnie w tej części mieszkania, ale nikt mnie nie słuchał. Nastolatkowie siedzieli już w wielkiej szafie, przeszukując osobiste szpargały mojej mamy. Ja tkwiłam naprzeciw po drugiej stronie pokoju, zmrożona strachem. Czułam się niemalże świadkiem jakiejś zbrodni. Próbowałam im wytłumaczyć, żeby przestali, że to nie jest takie istotne.
- Wiesz co, Nelka? Jesteś strasznym tchórzem. W dodatku tchórzem obojętnym, co jest jeszcze gorsze, bo widać, że totalnie ci nie zależy. - Wiktor siedział w sporym oddaleniu ode mnie, ale i tak wiedziałam, że wpatrywał się we mnie. I nie było w tym (...)
--- cały tekst ---
Nela i róże przeszłości - Rozdział czternasty.
Rozdział czternasty – Zwykła sympatia.
Trzydziesty pierwszy lipca, poniedziałek.
Strasznie łatwo przyzwyczaić się do świętego spokoju. Mama z Tadeuszem wyruszyli na Mazury o szóstej rano. Wiktor z panią Elą przyjechali już wczoraj po południu, więc przez chwilę było trochę tłoczno.
Mama oprowadzała znajomą po całym mieszkaniu. Tłumaczyła jej wszystko niczym upośledzonej pięciolatce. W pewnym momencie poczułam się wręcz zażenowana postawą rodzicielki. Zachowywała się jak nadgorliwa urzędniczka! Za co ta Ela ją lubi? Przecież te kobiety prezentują zupełnie dwa różne typy osobowości. Mama co prawda wygląda młodo, ale posiada mentalność typowej Grażyny z memów. Elka, pomimo że ma nadwagę, a urodę najdelikatniej mówiąc, przeciętną, wykazuje bardziej pozytywne podejście do życia. Może nie uwielbiam jej do szaleństwa, lecz przynajmniej czuję się swobodnie w jej towarzystwie.
Razem z Laurą i Wiktorem wyszliśmy na taras parę minut przed szóstą. Obserwowaliśmy pakujących się do auta mamę i Tadeusza. Oficjalnie żegnaliśmy się z nimi wczoraj, więc żadne z nas nie czuło potrzeby powtarzania się. Jednak musiałam zobaczyć, jak wyjeżdżają. Początek dwutygodniowego spokoju!
Kiedy już odjechali, Wiktor zagadnął mnie z uśmiechem.
- Ulżyło?
- I to jeszcze jak!
- A mi ulży gdy, schowam te wszystkie podręczniki na dwa tygodnie! Idę zrobić z tym (...)
--- cały tekst ---
Nela i róże przeszłości - Rozdział trzynasty.
Rozdział trzynasty – Nadmorski trop.
Szesnasty lipca, niedziela.
Czy to był sen? A może to majaki? W trakcie upałów bardzo łatwo o halucynacje. Obudziłam się około piątej rano. Już wtedy czuć było zapowiadający się upał, lecz mogłam jeszcze śmiało szukać orzeźwienia na zewnątrz. Na szczęście wszyscy domownicy jeszcze spali. Z tą myślą poczułam się lepiej. Niestety poprzedniego wieczoru mama po raz kolejny odstawiła balkonik na korytarz. A kij tam! Pomyślałam sobie, że pójdę na czworakach. W końcu o tej porze nikt mnie nie zobaczy. Ubrałam dłuższe spodnie od piżamy, po czym ruszyłam na taras. Dobrze, że na noc zostawiam lekko uchylone drzwi balkonowe. Na miejscu wdrapałam się na ulubione krzesło, to stojące tuż przy ścianie. Ledwo usiadłam, a usłyszałam klakson. Ktoś mnie wołał. Sergiusz! Poczułam zdradliwe ciepło na policzkach. Pewnie widział mnie podczas raczkowania! Gołym okiem można było zauważyć, że rodzina Kowalów wyjeżdża na wakacje. Tył samochodu był szczelnie zapakowany, na dachu dobrze przyczepione, stały dwa rowery. Sergiusz się do mnie uśmiechnął! Lubi mnie! Chociaż trochę! Chwilę potem odjechali w siną dal, a ja do końca dnia miałam dobry humor. Nawet przestałam przejmować się tym, że zostałam przyłapana na raczkowaniu. Zresztą, co z tego? Pewnie w swojej fizjoterapeutycznej karierze nie takie rzeczy widział.
Siedemnasty lipca, (...)
--- cały tekst ---
