Zmiana sposobu prezentacji

5 july 2010

prose

Zula Alive
Zula Alive

Z prywatnego dziennika

Przyszedł do mnie jeszcze przed południem. W sumie nie tak się
umawialiśmy, ale przyniósł co trzeba. Odetchnąłem z ulgą. Od wczoraj
nic innego dla mnie nie istniało - tak jakby świat zamknął się i
zatrzasnął drzwi. Siedziałem więc pod kluczem. Nic dziwnego, że
uśmiechnąłem się szeroko słysząc, jak ktoś przekręca zamek. Błogi
odgłos skrzypiących drzwi zapowiadał coś mistycznego. Mój cudowny
rycerz na lśniącym rumaku - metr osiemdziesiąt, rozpuszczone włosy,
ciemne okulary na czole a w ręce walizka. Milczący jeździec apokalipsy.
Podaje mi tłustą rękę, ściskam ją. Siada na fotelu. Rozglądając się
uważnie po pokoju, tak jakby próbował zapamiętać dobrze wszystkie
szczegóły, powoli zaczyna otwierać walizkę. Obserwuję go niczym
dziecko. Bobas, który zaraz otrzyma od wujka, którego prawdopodobnie
nigdy już nie zobaczy wymarzoną zabawkę. Milczenie zdaje się potęgować
podniecenie. Gołębie na parapecie zaglądają do pokoju, za oknem
delikatnie pada deszcz. W tym momencie mogłoby padać wiecznie. To
wszystko dzieje się za szybko. Walizka - pocztówka - drzwi.
 
Przyszedł więc do mnie przed południem. Mój listonosz. Doręczyciel
przesyłek wszelakich. Hermes w garniturze z walizką wypchaną listami.
Kurier, któremu wcześniej zapłacono - szybki, milczący, profesjonalny.
Odpalam więc (...)

--- full text ---

5 july 2010

prose

Zula Alive
Zula Alive

Walcząc o wiosnę

Zaczyna się -ptaki, kałuże, pąki. Głowy pokazują zagaszone w śniegu
pety. Ulicami płynie szarozielony szlam. Patrzysz i nie potrafisz
spolaryzować zmysłów. Ogrom przestrzeni na przestrzał. Rzucamy kamykiem
do rzeki. Nad jej miękkim, błotnistym brzegiem w upapranych spodniach,
z rękoma pełnymi mułu i żwiru szukamy idealnych kształtów. Ta dziwna
anatomia natury doprowadza nas niemal do obłędu. Zauważyć możesz
skupienie, chirurgiczną precyzję, szykowne pozy i waleczne nastawienie.
Gotowi do pojedynku, jak gęsi – sznurem (jeden za drugim), po kostki w
błocie, przy wtórze pijanych wiosną ptaków rozdziewiczamy kolejno taflę
jeziora.
                Zaczyna się – motyle, przebiśniegi, drzewa. Pierwsze
„przepraszam” od dłuższego czasu. Ze splecionymi mocnym uściskiem
rękami, głowami podniesionymi do góry siadamy setkami par na ławkach i
wyciągamy nogi. Z zezem na oczach kochamy się wtórnie. Recykling –
przyroda musi się powtarzać. Uderza w głowy tanie wino. Kieszenie pełne
mandatów, przetarte spodnie - jako symbol buntu, papierosy, lufki,
piersióweczki. Pełne sutków dłonie w ustronnych parku świątyniach,
muchy we włosach i śpiew na ustach. Z każdą wiosną bardziej cichy.
Matury, chmury, garnitury, dziury w pamięci popkultury.
                Zaczyna się – zdrady, (...)

--- full text ---

5 july 2010

prose

Zula Alive
Zula Alive

Drzwi

Otworzył delikatnie drzwi. Stał przed nimi ponad 20 minut zastanawiając się czy wejść. Teraz już nie było odwrotu i wiedział o tym dokładnie. Ubłocone buty zostawiały za sobą mokre ślady. Deszcz do tego stopnia zmoczył jego płaszcz, że w momencie przekraczania mistycznej bariery progu, pozostawiał w powietrzu setki wirujących deszczowych kropli. Przeszedł przez pusty przedpokój i stanął przed kolejnymi drzwiami. Zdążył się w ciągu tych kilkunastu sekund dobrze rozejrzeć. Na tym polegała jego praca - na rozglądaniu się. Pierwszy raz w życiu nie potrafił jednak nic dojrzeć. Żadnego rzucającego się w oczy detalu. Żadnych wyraźnych śladów zbrodni. Niepokojących napisów na ścianach czy zwłok leżących na podłodze. Widział natomiast kolejne drzwi. Kawałek mahoniu z zamkiem automatycznym marki Gerda. Odpalił papierosa. Chowając zapalniczkę do kieszeni mocno się zaciągnął. Wypuścił dym nosem. W skupieniu kontemplował chwilę. Tak jakby wyrwał się grawitacji i unosił nad drewnianymi panelami i białą ścianą. Tak jakby wyrwał nity i pięścią przebił się na zewnątrz.

Dym powoli wypełniał przedpokój. Wdzierał się w szparę między drzwiami i wsiąkał w płaszcz, jakby chciał rozwiązać zagadkę za niego. Kierował go w stronę drzwi. Śledztwo trwało długo. Bitwa z papierosem zdawała się nie kończyć. Pokój powoli ożywał. Falujące smugi kopulowały z zatęchłym powietrzem w (...)

--- full text ---

2 july 2010

prose

Zula Alive
Zula Alive

Bajki dla Magdy

Pamiętasz, był kiedyś skarb. Zakopał
go dobry i mądry król. O tym, że istniał wiedział tylko on. Szybko
jednak król, z racji tego że chciał się nim pochwalić, opowiedział o
nim znajomym. Z tych oto opowieści lud usnuł legendę o zaklętym skarbie
w którym drzemie magiczna moc, której nikt wcześniej nie posiadł, ani o
niej nie słyszał. Król zdesperowany plotkami postanowił więc dla
bezpieczeństwa skarb zabezpieczyć. W miejscu gdzie ukrył go ustawił
dwóch strażników, aby strzegli go nocą i w dzień. Strażników tak
potężnych, że nikt w jego armii, nie miał im równych.
     W miarę
upływu czasu, do miejsca owianego przez tutejszych poddanych sławą
zaczęli zjeżdżać rycerze z całego królestwa. Lśniące zbroje koronowały
ich muskularne ciała, a ozdobne napierśniki zabierały dech w piersi
niejednej niewieście w wiosce. Jednak ani wielka siła ich mięśni, czy
duża ilość ich potu nie była w stanie pokonać strażników skarbu.
    
Tak mijały lata i ginęli rycerze. Król się starzał a skarb pozostawał
nieruszony, aż w końcu na łożu śmierci król postanowił ujrzeć swój
skarb ponownie. Poprosił służbę, aby wykopali go dla niego. Zapomniał
jednak, że nikt nie pokonał do tej pory jego strażników. Potężne
kamienne golemy nie pozwalały nikomu ruszyć skarbu. Król więc

--- full text ---

Contact with us



Report this item


You have to be logged in to use this feature. please Register