Zmiana sposobu prezentacji
Trochę jestem, a trochę
Trzyma mnie w garści świat
Raz puścił luzem, dla rozrywki.
Bardzo bolało
Schowałam się,
Ale nie za bardzo -
Żeby nie głęboko,
Ale nie za płytko.
Zaginęłam, ale
W miejscu dozwolonym
W terenie zabudowanym,
Mieście zamieszkałym.
Zgubiłam się po drodze
Często uczęszczanej.
Wpadłam do kałuży
I czas mi się dłuży.
Nie szukaj.
Lecą łzy
Tak jakoś nie po kolei
Najpierw dziesiąta,
Setna, Dwudziesta
I dopiero pierwsza
Słońce osusza
Tylko co drugą
Reszta spływa
Na zwilżone usta
Pieką oczy,
A w środku pusto.
Zjem coś
Może ciebie właśnie?
Czasami burczy mi
Nie tylko w brzuchu.
Bujda uciekła z resorów
I zagnieździła się
W mojej głowie
Rano wykoleił się
Pociąg do poznania
Skieruj moje myśli
Na właściwe tory
Ktoś mi powiedział
Chodź,
Wyłapiemy marzenia
Pochowamy je w słoikach
Ja odpowiedziałam:
Nie chcę,
Słoiki kojarzą mi się
Tylko z jedzeniem.
Podaruj mi dzisiaj
W doniczce chwast
Niechaj i chwast
Zazna szczęścia raz
Podaruj mi dzisiaj
Ogród pełen chaszczy
Niechaj i chaszcze
Ktoś również pogłaszcze
Pewnego dnia
Zaświeciły nade mną
Dwa piękne słońca
Jednak późnym wieczorem
Tylko księżyc
Kołysał mnie do snu
Usycham bez ciebie
Usycham przy tobie
Usycham w upale
Usycham na mrozie
Wysuszona jestem
Przesuszona bardzo
I spragniona
Tak łaknę
Jednej kropli wody
Życiodajnej
Jestem
Po drugiej stronie stołu
Wcale nie okrągłego
Niby blisko,
A jednak tak daleko
Dzielą nas lata świetlne
Ukryte
W stonowanym blacie
Cząsteczki kurzu
Ukryły się
Gdzieś tam
Pomiędzy między
A może po prostu
Ciężar powietrza
Sprawił, że opadły
Na podłogę
Któż to wie?
(...)
--- full text ---
Pewien zakonnik ciągle modlił się żarliwie
Klęczał, brał różaniec i zawodził ckliwie
Codziennie odprawiał religijne rytuały
Modły dlań były elementem dnia stałym
Przed ołtarzem uśmiechał się dobrotliwie
Modlitwę za wstęp do nieba bram uważał
Na argumenty i racje apostatów nie zważał
Gdy nadszedł już czas na zejście jego
Okazało się, iż nie ma nieba żadnego
Niepotrzebnie taką religijnością się wykazał
