Zmiana sposobu prezentacji
Jak gruchnęło, to gruchnęła wieść, że nie diabeł taki straszny.
Ruszyło lotem nocnym (już tradycja). Z błogosławieństwem, ze śpiewem cerkiewnego kantora. Wieść szła w eterze, szła szeptem i na krzyk. Mowa więzła, zwięzła.
Nim nadeszło, Jesionowa zarządziła. Pakowali puszki, kasze, kołdry. Jesion zawczasu zakopał beczkę benzyny. Na działce. Przeczekają.
Nie każdy. Skakali. Ale i zwyczajnie marli. Serce często.
Gadali. Że dwudziesty pierwszy wiek. Że wnuki tylko w kinie te rzeczy, z colą zimną, w chłodnej sali, klimatyzowanej - się ocknęli.
(...)
--- full text ---
Gdy spojrzysz na osiedle z ptasiej perspektywy, dostrzeżesz niezwykłą harmonię i ład. Powtarzalne bryły domków, przecinające się pod kątem prostym alejki i uliczki, których sieć rozpościera się po horyzont, a wszystko otoczone wysokim i solidnym murem. Co za umiłowanie porządku! Jak żyje się w tak poukładanym świecie? Może warto zniżyć lot, by dowiedzieć się czegoś więcej? Moja propozycja: przerwiesz lot na chwilę. Ale pamiętaj, nie gwarantuję, że po tym rekonesansie swoje podniebne akrobacje będziesz wykonywać z dotychczasową beztroską. Ostateczna decyzja należy do Ciebie. I nie miej w razie czego pretensji, o podciętych skrzydłach nie opowiadaj.
1.
Chłodny wiatr rozpanoszył się w izbie, poruszając zasłonami i kłębkiem kurzu, którego swobodna egzystencja była skutkiem wyłącznie przeoczenia. Kobieta wytarła pot z czoła i ruszyła w kierunku uchylonych drzwi. Zanim je zamknęła, spojrzała na ulicę. Chodniki i place przed sąsiednimi domami starannie posprzątano, znalezienie tam choćby strzępka papieru czy gałganka nie wchodziło w rachubę. Niebo miało szarą barwę, choć przełamująca tę szarość różowawa poświata zwiastowała lodowatą noc.
Wróciła do pracy. Jeszcze parę minut i on tu będzie. Przyjdzie ten, który wymaga absolutnego porządku i czystości. Jego wzrok potrafi zabić.
Połyskiwały chromy, bielała biel, a szyby niknęły w swojej (...)
--- full text ---
Prolog
Była niedziela, był to też Dzień Zaduszny. Popołudniową porą zapanowały na świecie szaruga oraz apatia. Telewizyjna zorza wypełniła okna betonowych domów. Mężczyzna w poplamionej, wiatrem podszytej jesionce zwiedzał osiedle, kołacząc do drzwi klatek schodowych. Może zmylił go blask świec, pojawiający się tu i ówdzie w oczodołach mieszkań? Nikt nie otwierał, chlebem nie częstował, ani do ciepłej łaźni nie zapraszał. Dołączył do niego facet, w podobnym zresztą, dziadowskim typie. Zapalili papierosy, porozmawiali chwilę. Zapewne dotarło do nich, że musieli zabłądzić. Wolnym krokiem opuścili blokowisko.
Księgi
„Trójksiąg Siti”, z którego zaczerpnięto poniższe cytaty, występuje pod różnymi nazwami. Funkcjonują wersje dzieła, różniące się liczbą rozdziałów, a także kolejnością występujących w nim opowieści. Tekst istnieje prawdopodobnie jedynie w formie elektronicznej (pomijając księgę pierwszą), a autentyczność dwu ostatnich ksiąg poddaje się w wątpliwość. Szczególnym zainteresowaniem badaczy cieszy się księga pierwsza, której oryginał (w języku niemieckim) został rzekomo znaleziony w Lipsku w roku 1887. Jej powstanie datuje się na drugą połowę XVII wieku. Brak pierwszych stron księgi uniemożliwia zapoznanie się z genezą dzieła. Pod numerami poszczególnych rozdziałów widnieją nazwiska (...)
--- full text ---
Pamięć kształtów, zaklęta w rzecznej materii, odtwarza wszelkie detale: meandry, łachy, cyple i wysepki. Odsłania piaszczysty brzeg, z jego wierzbowymi zaroślami, okraszony luźno rdestem i komosą. Cieszę oko. Wyleguję się w słońcu, przeżuwając źdźbło trawy. Nie mogę wyjść z zachwytu nad pietyzmem, z jakim natura przywraca te wszystkie szczegóły, gdy tylko opadnie wiosenna fala. Wierzby i plaże zdobią prawy brzeg Wisły, brzeg poetów. Zerknij na stronę prozaików – tam beton jeno i tłuczone butelki. Masz rację, żartuję z tymi biegunami. Osobiście znam paru takich, co spacerują boso po najeżonych szkłem bulwarach lewego brzegu, a zaliczają się do kręgu zagorzałych zwolenników mowy wiązanej. Podział na strony miasta - poetycką i prozatorską - obowiązywał jedynie w ramach naszej grafomańskiej paczki. I było to całkiem dawno. Czy ktoś jeszcze wspomina tamten okres szczęśliwy, tamte lata naiwne? Wspomina ktoś te manifesty, wygłaszane w pijanym widzie, te spory gorące, często rękoczynem zwieńczone? Prawda jest brutalna - nas już nie ma!
Powód opuszczenia grupy był za każdym razem podobny – posadka lepsza lub gorsza, kredyty, małżeństwo i dzieci chorowite, z ich traumami, dysgrafiami i dyskalkuliami. Utonęły w głębi szuflad notesy z numerami telefonów, nikt z nas flary kontaktowej nie odpala – na próżno szukać śladów znajomej frazy w odmętach Sieci. Oczywiście, (...)
--- full text ---
Na przednówku pękła nasza kraina. Początkowo było tak, jakby nic się nie stało — wyglądałem przez okno i widziałem rowerzystów — jednośladowych gamoni w tych ich orzechowatych kaskach na głowach.
— Nikoletko, uważaj, samochód!
Normalnie, po staremu, uśmiechnięci, zadowoleni, całymi rodzinami parli w kierunku parku.
Powstało pęknięcie, ale nie to że wzdłuż Wisły, albo jakoś tak politycznie, według granic zaborów czy innej zasady. Nie! Pękło jak chciało, ni wzdłuż, ni w poprzek.
— Za lasami ktoś tupnął, u nas pękło.
Posypały się komentarze zaproszonych do telewizji mędrków, ruszyła machina medialna. Przeciążeniom ulegały serwery internetowe, a im poczytniejszy portal, tym trwoga większa. Bramy piekieł pono otwierają!
— Kije wsadzajo, z osmolono końcówko wyciągajo.
Zrazu rzecz miała formę wąskiej szparki. Długiej na setki kilometrów, to oddać trzeba, ale grubości ledwie paru milimetrów. Tyle, że wystarczył tydzień, by z tych skromnych milimetrów zrobiła się szpara szeroka, że głowę swobodnie można by wetknąć.
— Raz jeszcze panu mówię, popełniono błąd metodologiczny przy interpretacji pomiarów. I sam pan nie wierzy w te brednie o powiększającym się pęknięciu. Na pewno dostał pan esemesa od kierownictwa z instrukcją jak gadać.
No i stało się. Z zagrody Witczaków zginęło dziecko. Takie dwuletnie. Psy (...)
--- full text ---
Dom stał pośród lasu. Piętrowy. Z pokoju na poddaszu rozpościerał się widok na leżące w oddali miasteczko. Nad wierzchołkami drzew majaczyły zarysy domów rozpychających się na rogatkach, zaś tło zdominowała masywna bryła szpitala. Wspomniany moloch najefektowniej prezentował się nocą. Rzędy rozświetlonych okien przywodziły na myśl pasażerski statek, a wrażenie obcowania z żywiołem oceanu potęgował szum targanych wiatrem liści i obraz falujących drzew.
Sztormowa aura towarzyszyła mi w pierwszych latach dzieciństwa, latach spędzonych w leśnej osadzie. Okolica miała klimat wietrzny i deszczowy. Dosyć wcześnie zorientowałem się, że szum gałęzi to coś więcej, niż tylko zwykła instrumentacja dzieł wybujałej przyrody. Czułem, że niesie jakiś przekaz, choć jego znaczenia nie rozumiałem.
Żyłem odgrodzony od świata grubą ścianą lasu. Nie miałem kontaktu z rówieśnikami. Miasteczko z bliska widywałem co najwyżej przez okno samochodu, a słowo „szpital” znaczyło dla mnie tyle co „hotel”. Obserwowałem dookoła siebie wyłącznie spokojne, niczym nie zakłócone trwanie. Nic przykrego, nic dramatycznego się nie przytrafiało. I nawet odejście ukochanego psa niewiele wniosło do mojego oglądu rzeczywistości.
- Filip przeprowadził się tam, gdzie może biegać do woli – rzekł rębacz Słodek, wyciągając z kabiny ciężarówki siekierę i szpadel.
--- full text ---
Ulica Laskowa (nazwa akurat całkiem sympatyczna), wrześniowe słońce, lekka mgiełka. Coś faluje w brzuchu nieprzyjemnie - na nic zdaje się przyjazna kolorystyka furtki, widok blaszanych muchomorków wytyczających ścieżkę do głównego wejścia budynku oraz scena rodzajowa z krasnalami na jego ścianach. Smród – przypalona kasza manna.
- Na co tam, jeszcze jeden, ta? Haniaaa, objaśni mu co trza!
Hania odbiera mnie rodzicom (a ci znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki), tłumaczy zasady, daje do zrozumienia, objaśnia. Powiada, że to nie dom wczasowy, że jakby co to złapią, że jakby co, to jest komin wysoki, co z garkuchni wyziewy w niebo kieruje. Pokazuje mi Hania szatnię, mokrą szmatą machając ostrzegawczo. Wskazuje otwartą szafkę na buty i tłumaczy, że od dzisiaj nie ważne jakie imię moje i żebym sobie dobrze zapamiętał, że jestem pomarańczowym półkolem – znaczek pomarańczowego półkola znajduje się zarówno na wieszaku, jak i na drzwiczkach szafki. Bo tu tak jest – wszyscy, poza personelem, to figury geometryczne. Ja coś tłumaczę, protestuję lekko, godzę się wreszcie na figurę, ale i negocjować próbuję, wyjaśniam że z godnością uniosę brzemię koła pomarańczowego, ale do kurwy nędzy, nie półkola; oczywista, że językiem operowałem wtedy mniej wulgarnym i mniej dojrzałym, niech czytelnik mi wybaczy te drobne nieścisłości. W każdym razie skutek wspomnianej (...)
--- full text ---
Masz pewność, że chcesz ze mną iść? Postaw kołnierz, zacina lodowaty wiatr.
Spokojnie, to tylko transformator rezonuje gdzieś w oddali. Czujesz się nieswojo? Nie dziwne, w końcu pora odpowiednia i aura właściwa. Pora duchów. Zauważyłeś, że widma, wszelakie zjawy, na ogół widuje się po zmroku? Wyczuwasz jakiś sceptycyzm w tym co mówię? Zważ na cel mojej wizyty w miasteczku! Nie o stare mury chodzi, sentymentu wielkiego do nich nie żywię. Sprawę mam. Porozmawiać przyjechałem. Z duchami pogadać. Chodź za mną, to jeszcze parę kroków.
Tutaj widziano rabina. Oglądał swój dom, zerkał do środka przez okno. Tam obok stała kiedyś synagoga, musisz uwierzyć mi na słowo. Spotykano w tej okolicy wiele zjaw, choć widywali je nieliczni. Czy usłyszymy ich kroki, gdy będą się zbliżać? Na razie cisza. Przyjemny kontrapunkt dla zgiełku, który przyniósł dzisiejszy dzień. Na bankiecie musiało być ze sto osób. I to same grube ryby. Ogromny, spektakularny sukces. Mój projekt wygrał konkurs. Będę miał swój dom towarowy w centrum dużego miasta. Zakończenie budowy zaplanowano na jesień 1953. Nie wytrzymałem. W połowie rautu wybiegłem z restauracji i wsiadłem do auta.
Z duchami pogadać przyjechałem. Prośbę do nich mam.
Rodzice umarli bardzo wcześnie, miałem cztery lata. Odeszli jedno po drugim w odstępie dwu czy trzech dni. Pod opiekę wziął mnie Aron. (...)
--- full text ---
„Ciekawostką tegorocznej edycji Festiwalu jest prawykonanie utworu «Tempus» warszawskiego kompozytora Adama Topoli. Napisana na zamówienie Nordwestdeutscher Rundfunk muzyka wywołuje liczne kontrowersje wśród krytyków – jedni zwracają uwagę na rozwlekłość kompozycji, brak harmonii i konwencjonalnych brzmień, inni podkreślają, że utwór dokładnie spełnia zadanie postawione przez Radio – doskonale ilustruje samotność człowieka wobec ogromu świata. Dwugodzinna bez mała, wykonywana «na bezdechu» suita jest doskonałym tłem dla rozważań dotyczących czasu. Fenomen czasu, czy raczej koncepcja jego nieistnienia, od dawna pozostaje w kręgu zainteresowań kompozytora”.
Zamykam oczy. Co widzę, gdy je otwieram? Ulicę, domy, przejeżdżające samochody
i przechodzących ludzi – moje miasto, Warszawę. To jest chwila, tak rozumiem to słowo. A co ze wspomnieniami? Otóż są one zbiorem migawek. Pamiętam na przykład starego człowieka (było to bardzo dawno, miałem wtedy nie więcej niż osiem lat), który jechał na rowerze i stracił równowagę. Widzę go bardzo wyraźnie – klęczy nad rzeczką, płucze w jej nurcie sztuczną szczękę. Wspomnienie, jakże na ogół żywe, jest jednocześnie czymś, co ze względu na jego detaliczność można porównać do fotografii. Pamiętam strużkę krwi spływającą po policzku starca i połyskującą w słonecznym świetle łzę. Stałem nieopodal, na mostku. Było mi bardzo żal (...)
--- full text ---
Oko kameleona
Mięśnie pracowały miarowo, zgodnie z rytmem nadawanej przez radio melodii. Mocno zaciskał powieki, jakby chciał ukryć przed postronnymi obserwatorami to, co działo się w jego wyobraźni. Miał absolutną władzę nad czasem i przestrzenią. Odwlekał moment kulminacji, pozwalając sobie przy tym na pewien fortel. Opis wspomnianego zabiegu może szczególnie mocno zainteresować Cię Czytelniku, jeżeli należysz do grona męskich fajtłap, którym zdarza się zadać pytanie w rodzaju: „Jak ci było, skarbie?”. Nasz bohater siłą imaginacji stworzył kochankę. Obcowanie z nią sprawiało mu rozkosz, nie omieszkał jednak posunąć się dalej i zmienić perspektywę obserwacji.
Otworzył na chwilę oczy. Starał się dobrze zapamiętać fizjonomię widzianego w lustrze mężczyzny, by jego portret, z najdrobniejszymi szczegółami, przenieść za kurtynę powiek. Mógł teraz wejść w rolę swojej partnerki, czuć i widzieć wszystko to, co ona czułaby i widziała. Będąc w takiej sytuacji, męska ofermo, pewnie zaspokoiłbyś ciekawość tyczącą się spraw techniczno-rozmiarowych. W jego przypadku źródłem niepewności było coś zupełnie innego. Szło o pewien anatomiczny detal. Uczyniony na lustrzany wzór i podobieństwo człowiek posiadał najnormalniejszy korpus i członki, wyjąwszy zwieńczenie, będące w istocie kocim łbem.
Stali się jednym ciałem.
Dochodził do siebie (...)
--- full text ---
Atmosfera stawała się coraz bardziej gęsta i lepka. Wszystkie miejsca przy barze i stolikach były zajęte. Bracia Rychły, elektronicy starej daty, snuli niekończące się opowieści, skacząc z tematów technicznych na erotyczne i z powrotem. Starszy z braci, Gabriel, nie krył emocji, opowiadając o nowej antenie kierunkowej, dzięki której można słuchać zagłuszanych stacji radiowych. Prototyp tej anteny powstał jeszcze w czasach komuny. Młodszy z nie mniejszym entuzjazmem rozprawiał o zaletach płatnej miłości i o tym, że wciąż płonie w nim potężny ogień pożądania.
— Dogodziłem jej trzy razy, nie chciała mnie wypuścić, dajecie wiarę? — przechwalał się Bernard.
Facet, na oko pięćdziesięcioletni, ślamazarnie odsunął krzesło i pozwolił, by grawitacja dokonała reszty. Przeczesał włosy długimi palcami. Wyciągnął ręce w kierunku Kuby.
— Byłem kiedyś najlepszym pianistą w tym mieście — wybełkotał powoli.
Gabriel napełnił gorzałką kieliszek i podsunął go pod nos pianisty.
— Łykaj i wypieprzaj, nie interesują mnie twoje pijackie historie — Rychły miał naprawdę groźną minę.
Pianista uniósł kieliszek, prześwietlił go wzrokiem i szybkim ruchem przelał gorzałkę do gardła. Gabriel chwycił za połę marynarki intruza. Przez chwilę tarmosili się, ale szybko dała znać o sobie przewaga fizyczna Rychłego. Krzesło przy ich stoliku znowu było wolne.
— (...)
--- full text ---
