Zmiana sposobu prezentacji
Język polski jest lekko nielogiczny. Mówi się: "nic nie czuję" - czyli jednak COŚ się czuje.
Tymczasem Ona czuła Nic. Wielkie, wilgotne, ciemne, wybrukowane w brzuchu jak poniemiecki bunkier. Ale to nie miało kształtu, koloru, faktury, zapachu, nie było przestrzenią.
Było Niczym. Nieistnieniem. Nie istniało, będąc.
Było jak powietrze. Wiatr. Istniało tylko przez objawy, tak, jak istnieje tlen i ozon: poprzez ciche westchnięcia, zaczerpywanie powietrza i unoszenie żeber, łamanie kwiatów i włosów.
Ale wiatr groził, burzył, grzmiał głosem. Lub przeciwnie: śpiewał słodkie ballady o lekkości.
A tu było Nic. Huczało w uszach tylko szumem ciszej, pokornej towarzyszki życia (śmierci? nieistnienia?) Nic. Było głodem i zaspokojeniem, chciało być Wszystkim. Zjadało ją więc jak biały robak podgryza jabłko; przeżerało miąższ jej myśli, spijało soki uczuć. "Biały robak Pacman, biały, żółty, co za różnica" - myślała. "Jestem tylko levelem do przejścia, przepraszam, przeżucia".
I właśnie tak czuła swoje życie: przeżute, a nie przeżyte.
Pani doktor była podobnego zdania: "wygląda to tak, jakby ją coś podżerało i nie pozwalało odżywać. Zespół złego wchłaniania". "Czy to znaczy, że wchłaniam zło?" - pytała mamę. "Nie kochanie, ty tylko wchłaniasz Nic.
Żeby mieć wrażenie, że jednak COŚ (...)
--- full text ---
Za każdy krok bosej stopy
dziesięć kroków z obcasem
Za każde słowo tęsknoty
dekada milczenia
Za każdy kilometr
rok świetlny
Byłam Ci wierna
będę wierna sobie
Wchodzę wewnątrz
Przekroczyłam próg
bólu
Tobie pozostaje
wejście do środka,
Odyseuszu.
Minie chwila zanim biały zeszyt się spersonalizuje. Zanim dopasuje się do mnie fakturą, gramaturą, zagiętymi rogami i pismem... szarością. Nie chcę szarości. Chcę, aby cały świat był czystą kartką papieru. Tabula rasa. Aby słowa - nie, nie słowa - w(y)rażenia pojawiały się w przestrzeni. Aby można było rzeźbić dłonią powietrze w kształt chmur w umyśle. Aby słowa lały się lekko, jak woda na Ziemi. Aby ziemia się usypywała jak ten marni - lub armatni - proch w głowie.
Boję się zapisu. Analogowego mniej niż cyfrowego. Zerojedynkowość jest taka... zerojedynkowa. Bezwzględna. Jednoznaczna. A mi potrzeba luk pomiędzy znaczeniami, w które mogłabym się schować. Potrzeba cienia stworzonego z jasności pewności i niejasności niepewności.
Boję się zapisu. Słowa również. Puszczam wodze wyobraźni, popuszczam lejce koniom, poję je, puszczając wodę w litr-ery. I gnają, wolne, szybkie, na łące eteru, w gąszcz treści i znaczeń, w dżunglę komunikacyjną, it's a wild world. Nie panuję nad nimi, dosiadają je inni ludzie myślący, narzucający im własny styl jazdy. Uciekają mi, kłusując, kłując...
miasto
żywa tkanka
obojętności
zdrewniało
pędy
nie pędzą
by mnie
za-trzymać
korzenie
przestają się
upokarzać
rozkład
żywej formy
i
pociągów
Nie potrafię się spisywać.
Ani na straty, ani na dochody.
Słów.
W mojej umysłowej – mało pozytywnej – pozytywce można usłyszeć zamiast melodii stukot klawiszy. Ale ten stuk, stukot w głowie znaczy o wiele mniej niż jeden napotkany kot, dzięki któremu przemijamy wolniej.
A kiedy wystygniesz
jak niedopity
kubek herbaty
A kiedy z rąk wypadnie
porcelany biel
twych kości
Alea iacta est
gry-chot w trumnie
