Kardemine
ALL WORKS Prose (7) Graphics (36)
About me Friends (2)

Zmiana sposobu prezentacji

3 july 2013

prose

Kardemine
Kardemine

I płonie serce moje

Daniel Oko był prostym, nieskomplikowanym facetem.

   Nigdy nie zwracał szczególnej uwagi na to, jak wygląda. Ot, ciało, które trzeba ubrać. W co? Mniejsza z tym, byle wygodnie i ciepło. Twarz? Pokrywał ją kilkudniowy zarost. Kto by się tam golił codziennie. Włosami nie musiał się przejmować. Odkąd zaczęły mu się przerzedzać w wieku dwudziestu trzech lat, ścinał je tuż przy skórze. Był zwyczajnym facetem, ale to się zmieniło. Pojawiła się kobieta.

   I coś się stało, coś, co go szalenie irytowało. Nagle zaczęło go obchodzić, jak wygląda.

   Stał teraz w małej klitce, jaką była łazienka w mieszkaniu rodziców. Przez okno zakryte krótką, beżową firanką widział  gęste płatki śniegu. Spadały dostojnie, cicho, jakby w zwolnionym tempie sprawiając, że pomieszczenie z upchanymi wszędzie pelargoniami stawało się miłe i przytulne. Nie zauważało się nawet starych, popękanych płytek, brudnego sufitu i zimna, które ciągnęło od dołu przez nieszczelne drzwi.

   Nachylił się nad lusterkiem i spojrzał na siebie. Kobiety zazwyczaj lubią brunetów, myślał gładząc się po głowie pokrytej jasną szczeciną i przeciągając ręką po złotawym zaroście. No, na to nic się nie poradzi. Może ona lubi blondynów? Był pewien, że ma do czynienia z niezwykłą, nietuzinkową dziewczyną. Inną niż wszystkie, które do tej pory spotkał.
Zmarszczył (...)

--- full text ---

6 november 2012

prose

Kardemine
Kardemine

Zima

Melancholijna, ale jakże w swej melancholii tajemnicza jesień, przymknęła już rdzawe powieki. Nastały mrozy, a z nimi przyszedł migocący śnieg, który swoją porażającą pięknem i zimnem obecnością, zapowiadał nadejście zimy.

Stary Józef szedł na żebry. Udawał się do Miasta, owego miejsca, do którego rok w rok wracał. O którym myślał z niechęcią i rozpaczą. Uczucia, jakie budziło w nim Miasto, były tak żywe i wciąż obecne w jego umyśle, jak żadna inna rzecz. Stary Józef nienawidził Miasta. Rodzina nawet nie podejrzewała, że zwykle przytępiony rozum starego, żywo reaguje na najmniejszą wzmiankę o zimowaniu w Mieście. Stary Józef bał się. Ale nie było rady. Trzeba było ustąpić miejsca pod piecem, miski kaszy. Nie on pierwszy, nie ostatni.

I teraz, pośród mrozów dreptał staruszek, podpierając się laską. Jeszcze wspominał sobie twarze syna i synowej. Zapłakane buzie wnucząt, które nie rozumiały, dlaczego i dokąd dziad odchodzi. Czarnymi, wciąż żywymi oczyma wypatrywał jakiegoś wozu lub człowieka. Stracił rachubę czasu i nie wiedział, ile jeszcze trzeba będzie iść do dworu, gdzie zawsze mógł odpocząć. Był coraz bardziej zmęczony. Latem podupadł na zdrowiu.

Zmrok zapadał szybko. Ludzie się nie pojawiali. Chcąc chwilę odpocząć, przysiadł na skraju drogi. Wyciągnął chleb przygotowany przez synową i zapatrzył się w gwiazdy.

Był (...)

--- full text ---

17 july 2012

prose

Kardemine
Kardemine

Święto zmarłych dusz

1933 r.

Jesień trzydziestego trzeciego roku była doprawdy zachwycająca. Liście niczym kolorowe kwiaty sypały się z nieba jak pierwszy śnieg. Świat okalała jakaś spokojna, przytłumiona melancholią radość. Nie było martwoty, jęku samotnych wierzb, zawodzeń oszalałego wichru. Był tylko odwieczny rytm zmian i bicie ognistego serca ziemi. Tak przynajmniej czułem.

W tę właśnie jesień zmarł mój kuzyn, Jan Dębowski. Osierocił trójkę małych dzieci i żonę Liliannę. Zdarzyło się to na kilka dni przed uroczystością Wszystkich Świętych. Pogrzeb zaplanowano na dwudziestego dziewiątego października.

Jadąc piaskową, zamiataną przez ciepły wiatr drogą rozmyślałem o Liliannie. O jej delikatnej, smutnej twarzy i wypowiadanych cicho słowach. Zastanawiałem się, jak ona przeżyła śmierć Jana. Czy w ogóle coś poczuła? Sztylety bólu czy drobne ukłucia żalu? A może nic nie poruszyło jej cichego serca? Zupełne, bezbrzeżne nic?
Jadąc swoim samochodem, nowo nabytym Bentley’em z 1929 roku, małym cudeńkiem z silnikiem R6 o pojemności 4,4 litra, zwracałem powszechne zainteresowanie mijanych ludzi. Wpatrywałem się w pękate i kłębiaste chmury. Zupełnie takie same, jak w dzień ślubu Jana. Doskonale pamiętałem radosną twarz kuzyna i straszną, trupią bladość jej twarzy. A gdy przed kościołem składałem pocałunek na policzku panny młodej, poczułem, jak bardzo była (...)

--- full text ---

15 may 2012

prose

Kardemine
Kardemine

Diabelskie nasienie


Jesień puszyła się sennie i dostojnie. Pola oblekła szarością rozkopanych gruntów, a opary porannej mgły rozlała aż nad rzekę. Drętwą ciszę przerywał wiatr, skrzeki ptaków i pokrzykiwania chłopów pracujących w polu.
   Kopano kartofle.
   Baby podkasawszy spódnice, przekopywały motykami brunatne zagony. Mężczyźni dźwigali kosze, a dzieci razem z pastuchami paliły ogniska i piekły kartofle na czarny, spalony kolor.
   Wiał wiatr i rozwiewał suchy piasek, sypiąc w oczy ludziom. Ziemię zaczynała przyoblekać jakaś martwota, ale śmiech, poszczekiwanie psów i szum wciąż pełnych liści drzew, tłumiły poczucie nadchodzącej śmierci.
   Mała Jagna bawiła się z resztą dzieci. Biegała boso, rzucała grudkami ziemi w krążące nisko ptactwo i szukała największego kartofla. Takiego, który byłby znacznie większy, niż te wykopane przez starszych chłopców. Pies sąsiadów, kudłaty Burek łapał ją za kubraczek i ciągnął z całych sił, targając granatową kapotką na wszystkie strony. Śmiejąc się, odganiała go biegając po polu, aż spotkało ją to, co spotyka większość małych, niezgrabnych dziewczynek. Potknęła się i upadła.
   Niebieskie jak małe jeziorka oczy wypełniły łzy. Podniosła się jednak dzielnie, smarknęła i zbliżyła do grudy, o którą zahaczyła. Spod zwałów ziemi i trawy wydobyła wielkiego ziemniaka o zielonkawej barwie. Był ciężki i uwalany (...)

--- full text ---

20 october 2011

prose

Kardemine
Kardemine

Konflikt interesów

Budzik zagderał głośno i bezlitośnie. Dla Nosmokera nie miało to znaczenia, bo już dawno nie spał, wpatrując się bezmyślnie w sufit. Dźwięk zegara sprawił jedynie, że podniósł się z łóżka i poszedł ubrać. A raczej przebrać. Wczoraj położył się spać tak późno i był tak zmęczony, że ściągnął tylko spodnie i natychmiast zapadł w sen. Na stole leżało kilka kartek papieru. Powód wczorajszego nocnego czuwania.
Masując bolący kark wziął kartki zasiane drobnym, koślawym pismem, aby przeczytać je jeszcze raz. Trzy pierwsze strony wywołały na jego twarzy nieprzyjemny grymas. Zmięte wylądowały w pobliżu kosza. Ostatnią złożył i wsadził do kieszeni ciemnozielonej kurtki.
Poszedł do łazienki i przepłukał twarz wodą. Nie chciało mu się myć głowy, więc siłą rozczesał pokryte lakierem pasma. Ubrał czerwoną koszulę, czarne dżinsy i szarą kamizelkę z kolorowymi naszywkami. Zjadł wczorajsze kanapki i poszedł do kościoła. Nie mógł się skupić na mszy, nawet nie bardzo się starał. Bo postanowił, że dzisiaj tam pojedzie. Kupę nerwów będzie go to kosztowało, ale pojedzie tam.
Do domu.
Jadąc do Przyczulichy, małej wioseczki położonej w szerokich, przetrzebionych lasach, zdał sobie sprawę, że jesień już nadeszła. W mieście nie było tego tak widać. Natomiast tu, na tej kiepskiej drodze, obserwował pokryte czerwienią i żółcią korony drzew, patrzył jak (...)

--- full text ---

30 july 2011

prose

Kardemine
Kardemine

Sześcioramienna gwiazda i krzyż

Pokój tonął w półmroku. Promienie wieczornego słońca z trudem przedzierały się przez mętne szkło i żaluzje okienne. Stali naprzeciw siebie, w obcym mieście, obcym kraju. Twarze podobne do groteskowych masek, wykrzywione w żałosny sposób.
- Nie chcę. Nie zgadzam się - mówił prawie szeptem, bo bał się, że załamie mu się głos i nic już nie powie. - Musimy coś zrobić. Nie zostawię tego tak. Może bym się z tym pogodził - ujął jej dłoń i delikatnie przyłożył do piersi. - ale moje serce nie. Nie przeżyje. Rozpadnie się na tysiące kawałeczków, jak serce złej królowej z tej bajki, którą mi opowiadałaś. Pamiętasz?
Bicie jego serca, jakie czuła dotykając ciepłej piersi, podziałało na nią niczym prąd. Oczy niebezpiecznie zaszkliły się i choć bardzo się starała, pociekły łzy. Patrzyła na jego chudą twarz, na brunatne bruzdy pod czarnymi oczami, długi nos, usta tak ciemne i ostro wykrojone. Pomyślała, że już nigdy nie zobaczy piękniejszej twarzy. I to doprowadzało ją do wściekłości wymieszanej w jednym kotle z rozpaczą.
Gładziła jego koszulkę w miejscu, pod którym potężnie dudniło serce, zastanawiając się, co by mu powiedzieć, jakie lekarstwo podać. Zresztą, czy istnieje antidotum na miłość? Czas?
To za długo…
A on pochylał swoją twarz ku niej, by nie uronić żadnego słowa, które przywróciłoby świat, który wspólnie stworzyli.
Nadal (...)

--- full text ---

2 june 2011

prose

Kardemine
Kardemine

Wenus

Obudził się, kiedy jeszcze było ciemno. Wstawanie o czwartej nad ranem nie stanowiło problemu. Robił to mechanicznie, tak jak większość rzeczy w swoim życiu. Wstał i depcząc po brudnych, porozrzucanych ubraniach poszedł do łazienki.

Spojrzał w lusterko bez zainteresowania. Jaskrawe światło zakurzonej, nagiej żarówki nadawało jego twarzy żółty, niezdrowy odcień. Włosy od kilku lat niepodcinane, zakrywały mu twarz i kark. Były matowe i tłuste z brudu. Nie obchodziło go to. Zamoczył twarz w zimnej, cuchnącej chlorem wodzie. Orzeźwienie przyszło od razu, ale ciemne sińce pod dużymi oczami nie zniknęły. Zresztą, były tam zawsze odkąd pamiętał. Tak samo jak głębokie bruzdy między brwiami i w kącikach ust. Zawsze je miał, nawet jako dziecko. Ciotki, które tłumie odwiedzały jego matkę, zawsze powtarzały, jakim jest brzydkim chłopcem. A matka tak przeczulona na punkcie tego, co ludzie powiedzą, strasznie się tym przejmowała. Przestała wychodzić z nim na ulicę. Całymi dniami wyjąwszy ranki, które spędzał w szkole, siedział w wilgotnym, przeżartym zapachem papierosów mieszkaniu. Matka szorowała go codziennie, jakby mogła w ten sposób zmienić rysy jego twarzy. Tarła mu buzię, aż skóra robiła się sina, a on omal nie mdlał z bólu i płaczu. Rano zawsze cały był spuchnięty. W ten sposób do śmiejących się z niego ciotek dołączały jeszcze dzieci.
Matka.
Wcześnie odkrył, że (...)

--- full text ---

Contact with us



Report this item


You have to be logged in to use this feature. please Register