Zmiana sposobu prezentacji
Teraz kocha jaskółki. Bardziej niż kogokolwiek. Ze zdumieniem patrzę na ich wzajemność. Młode ufnie podlatują do kobiety, a ona chwyta je i całuje po łebkach bezzębnymi ustami. Nie wyrywają się, ale wygodnie moszczą w jej dłoniach i tylko spomiędzy palców staruszki błyskają czarne paciorki jaskółczych oczu.
- A Maryśka gada, że miała w stajni gniazdo, ale srały, to pogoniła, durnota jedna - śmieje się kobieta. Wie, że jaskółcze gniazdo to szczęście pod dachem. Nie przegania się szczęścia.
- Mi tam nie wadzą, choć zalęgły się w sieni. A niech srają. Srają, znaczy rosną. Niech rosną zdrowo. Potem latają i wesoło jest, i paradnie. Zawsze co młode, to młode...
Głośny świergot przerywa jej monolog. Pisklaki wyrywają się do gniazda. To ich rodzice przylecieli z dziobami pełnymi przysmaków. Jeszcze ciągle karmią swoje jaskółczęta, chociaż te, już opierzone i co dzień pewniej latające, coraz mniej potrzebują opieki.
Obserwuję gniazdo przyklejone do belki sufitu w maleńkiej sionce. Wesołe i gwarne. Pod gniazdem, na betonowej wylewce troskliwa ręka gospodyni porozkładała gazety.
- Niech nie gadają we wsi, że tu brudno mam. Mam jaskółki i mam czysto - dumnie mówi kobieta.
Jednak dla mnie, dziewczyny z miasta, a pewnie i dla rzadkich gości z pobliskiej wsi, dom zupełnie nie przystaje do zakodowanych wzorców czystości i higieny. I to wcale nie przez (...)
--- full text ---
- Już miesiąc zaszedł, psy się uśpiły i coś tam klaaaszczeee zaaa boooreeem… - Zośka sięgała okolic C trzykreślnego, dziarsko pobrzękując garami.
„Niedługo obiad” – pomyślałem i głośno zaburczało mi w brzuchu. Rozsiadłem się właśnie na fotelu w nowych cieplutkich kapciach, czytając ulubioną gazetę.
Nagle zadzwonił telefon. Drgnąłem, a potem niechętnie odebrałem połączenie.
– Witaj. Musimy porozmawiać. Natychmiast. Osobiście. – Głos mojego przyjaciela brzmiał dziwnie surowo.
– Ale… Stefan – grałem na zwłokę. – Nie mogę teraz. Stara mnie zabije, jak wyjdę tuż przed obiadem.
– To ważne. Bardzo – uciął. – Czekam w „Budzie”.
Co miałem zrobić? Zapewniwszy Zośkę, że wrócę za minutę, pomknąłem do pubu – stałego miejsca moich spotkań z kolegami.
Stefan siedział przy bocznym stoliku i nerwowo ćmił papierosa.
– Cześć, brachu – rzuciłem. – Co jest? Pali się?
– Nie żartuj. Poważna sprawa. – Stefkowi drżały ręce. – Nie wiem, jak to powiedzieć.
– Wal śmiało.
– Widzisz… – zawahał się. – Pusia nie żyje.
– Przykro mi… – Daleki byłem od tego, by płakać po tym pchlarzu o zezowatych oczach i parszywym charakterze, zdawałem sobie jednak sprawę, że mój kumpel miał do bydlęcia wyjątkową (...)
--- full text ---
