Zmiana sposobu prezentacji
Stało się to sama nie wiem, kiedy ani jak. Dopiero po jakimś czasie się dowiedziałam, że to się jednak stało. Ehh… trudno mi było w to uwierzyć, ale zakochałam się w nim, w moim najlepszym przyjacielu…
Znałam go w sumie od zawsze. Czasem nawet mi się wydawało, że jest moim starszym bratem. Zawsze mnie bronił, stał za mną murem, bawił się ze mną w piaskownicy, chodził ze mną po drzewach. Była to przyjaźń doskonała, lecz musiało się stać TO! Byłam pewna, że to kiedyś się stanie, ale miałam nadzieje, że może jednak nie, że jakoś nas to ominie.
Pamiętam ten dzień, gdy uświadomiłam sobie, że to już się stało. Było piękne popołudnie, słońce pięknie świeciło, żadnej chmury na niebie. Leżeliśmy zmęczeni na łące po pływaniu w rzece. Pływaliśmy tam we czworo: Piotr, Anka, Zdzisiek i ja. Chlapaliśmy się jakąś godzinę, później poszliśmy na pobliską łąkę. Padliśmy tam i leżeliśmy nie mając siły ruszyć czymkolwiek. Po jakichś dziesięciu minutach Anka i Zdzichu poszli do domu, a my zostaliśmy sami.
Leżałam koło niego i słyszałam jego szybko bijące serce. Nigdy wcześniej nie zauważałam tego aż do teraz. Obróciłam się na bok i oparłam na łokciu. Miał zamknięte oczy. W słońcu jego brązowe włosy migotały złotem, a jego piegi stały się mniej wyraźne, jakby rozmazane. Pachniało od niego świeżo skoszoną trawą.
Powoli otworzył oczy i spojrzał na (...)
--- full text ---
Kiedy słońce rano wstaje,
misiu Ci buziaczka daje,
na dzień dobry moja mała,
chce żebyś się uśmiechała,
od rana aż do wieczora,
a nadejdzie taka pora,
że się znowu zobaczymy,
i do siebie przytulimy.
- Daj mi święty spokój!- krzyknęła zrozpaczona Nadzieja. - Między nami nigdy nic było, nie jest i nie będzie. Jesteś tylko moim przyjacielem i nie czuję do ciebie nic poza przyjaźnią.
- Nie, ty mnie kochasz tylko o tym jeszcze nie wiesz lub ni chcesz przyjąć tego do wiadomości! - odwarkną jej Nienawiść, po czym odwrócił się na pięcie i wyszedł z pokoju.
To była ich kolejna bez sensowna kłótnia. Tak było już od blisko trzech tygodni kredy to Nadzieja rozstała się ze swoim chłopakiem. Nienawiść ubzdurał sobie, że ona chce być teraz z nim, że to dla niego zerwała z tamtym i nie chciał przyjąć, że ona go tylko i wyłącznie lubi.
Nadzieja usiadła na rozklekotanym krzesełku stojącym pod ścianą i schowała twarz w dłoniach. Nagle poczuła czyjąś dłoń na ramienni. Podniosła głowę i ujrzała stojącą nad sobą Miłość. Jak zwykle się uśmiechała, ale ten uśmiech był jakiś taki smutny, przygaszony...
- Nie martw się, on kiedyś zrozumie - pocieszała Nadzieję już chyba z setny raz. - On cię kocha i nie chcę zrozumieć, że ty... jakby ci to powiedzieć.
- Wal Prosto z mostu, przyzwyczaiłam się do tego.
Miłość zanurzyła się w myślach, chcąc znaleźć odpowiednie słowa opisujące tę sytuację. Myślała gorączkowo, aż zaczęły ją boleć jej przepięknie błękitne oczy od patrzenia się w jeden punkt. Potrząsnęła energicznie głową i zwróciła się (...)
--- full text ---
Raz anioł, raz diablica;
Jedno serce, dwa oblicza.
Moje życie, moja sprawa;
Jest ryzyko, jest zabawa!!!
narazie nie wiem jaki temu nadać tytuł
1.POCZĄTEK
30 grudnia 1999r. Sabri King siedząc w fotelu przed kominkiem dyskutowała z mężem o imię dla ich jeszcze nie narodzonego dziecka.
- Skarbie, mówię ci, że to będzie chłopiec, więc nazwiemy go Georg – rzekła Sabri.
- Ile razy mam powtarzać. To na pewno będzie dziewczynka i damy mu na imię Amma. Czuję to, a jak wiesz anioły nigdy się nie mylą – odrzekł Erin.
- Tak, tak. Wy anioły zawsze macie rację.
Erin spojrzał na nią spode łba i teatralnie odwrócił od niej głowę. Nie odzywał się przez blisko dziesięć minut, gdy wreszcie ciszę przerwała Sabri:
- Czy ty zawszę musisz się na mnie obrażać za byle głupotę? Czasem mi się wydaję, że zachowujesz się gorzej niż rozpieszczone dziecko, naprawdę – odezwała się do niego ciepło. Odgarnęła kilka czarnych kosmyków z twarzy i popatrzyła pytająco na męża.
- Pff… bo ty nie chcesz mi wierzyć. Jestem pewien, że będziemy mieli córkę. Czuję to, jestem pewien.
- No dobrze, powiedzmy, że ci wierzę – odpowiedziała dla świętego spokoju.
- Teraz lepiej – uśmiechną się Erin. Pocałował swoją zonę w policzek i spojrzał na zegarek.
- Kotku, chyba czas się kłaść. Jest już wpół do jedenastej. Jutro wstaniesz wykończona, a do tego jesteś strasznie blada. Dobrze się czujesz?
- Bledsza niż zwykle? – Zapytała sarkastycznie, na co w (...)
--- full text ---
Stoje w najciemniejszym rogu pomieszczenia
uważanego za restaurację. Serce bije mi jak oszalałe, aż boli. W każdej chwili
mogą mnie zobaczyć, chodź dzisiejszego wieczoru nie odróżniam się od nich
wyglądałem. Trupio blada skóra, ciemne oczy, krwisto czerwone usta i sukienka
skradziona jednej z tancerek. Wszystko tylko po to, aby go zobaczyć, spojrzeć
mu w oczy. Choćby miał być mój ostatni raz.
I
widzę go. Jakob. Niesamowicie przystojny spowity w czerń mężczyzna moich marzeń.
Siedzi przy samej scenie, zaciąga się cygarem, przy czym jego czarne jak węgiel
oczy iskrzą. Wygląda tan… zwyczajnie, ale w „magicznym” tego słowa znaczeniu. Rozmawia
z jakimś innym wampirem. Śmieją się z czegoś. Gdyby wiedział, że tu jestem
wpadłby w szał. Nie wiem czy wyszłabym z tego cało. Raczej nie…
Nagle odwraca głowę. Patrzy w moją stronę.
Kręci głową zrezygnowany i wstaje. Idzie do mnie. Minę ma troczę nie
zdecydowaną, jakby nie wiedział, co chce teraz zrobić. Po co ja tu przyszłam!
-
Dlaczego tu przylazłaś? – Pyta cudownie niskim głosem. Chwyta mnie za ramiona i
potrząsa jak marionetką. – Tyle razy cię prosiłem, ale ty jak zwykle wiesz
swoje.
Nic mu nie odpowiadam, tylko patrzę w te jego
cudowne czarne oczy. Czuję jak cała złość z niego uchodzi i staje się (...)
--- full text ---
