Zmiana sposobu prezentacji
“Zawsze muszę wszystko spierdolić na starcie” – pomyślał Jack wchodząc do swojego ciemnego pokoju. Znaleźć w tym pomieszczeniu można było tylko łóżko i jedną komodę, w której trzymał wszystkie ubrania. Na blacie leżała paczka papierosów, pusta butelka po whiskey i popielniczka z niedopalonym petem. Koło łóżka stała kolejna butelka po jakimś alkoholu i dwie paczki kondomów. Na suficie widać było plamy od podpalania go świecami, a dodatkowo wisiała tam lina, tak na wszelki wypadek.
Jack nie był typem gościa, który rozumiał wszystko, co się wokół niego dzieje. Wiele rzeczy omijało jego osobę, a jeszcze więcej miał w dupie. Bo po co się martwić czymś tak przyziemnym jak jedzenie czy kontakt z rodzicami. Lubił sobie wypić, jeszcze bardziej zajmowało go palenie papierosów. Jednak jego największym problemem były dragi. Marihuana to był początek, teraz musi dawać po kablach. Nie zaczyna dnia bez małego zastrzyku.
Mimo, że mógł sobie dobrze ułożyć życie, mimo że mógł być kimś wysoko postawionym, oddał się przyjemnościom. Nie ma przecież nic piękniejszego niż latanie z głową w chmurach. Ponadto uwielbia rozbijać komuś ryj pod pobliskim pubem o przekornej nazwie “Wielka pięść”. Jack nie wie jednak ile jeszcze przed nim męczarni.
Poznał raz piękną, mądrą dziewczynę. Niestety nie przypasowali sobie, bo ona była czysta całe życie, a on od rana do nocy naćpany. Na (...)
--- full text ---
To miejsce, nazywane przez wszystkich pospolicie domem, nigdy nie było takie, jakim sobie je wymarzyłem. Od rana do wieczora słyszałem krzyki matki i ojca, brzdęk tłuczonych talerzy i płacz sześciomiesięcznej siostry. Ściany były tam brudne, zachodziły grzybem, a farba z nich odchodziła całymi płatami. Wstydziłem się. Do mojego pokoju, nawet do domu, nigdy nikogo nie zaprosiłem. Bałem się wyśmiania w szkole lub na podwórku, choć i tak wszyscy wiedzieli co się dzieje za drzwiami domu na ul. Szarpanej 52.
Tata od rana do nocy pił. Pamiętam tylko jak siedział w swoim fotelu, a w ręku miał butlę wódki. Zawsze te same, obdarte ubrania, dziurawe skarpety i śmierdzący pysk. Miał wykształcenie, a oddał się nałogom. Był w moim życiu przez lat 17, później się powiesił. Znalazłem jego zwłoki w stajence, niedaleko komórki na miotły. Ulżyło mi, gdy widziałem wiszące zwłoki tyrana, który swoje racje udowadniał siłą. Nie ćwiczyłem na w-fie, bo wstydziłem się blizn i siniaków na torsie.
Mama? A kto to jest? Przewijała się jakaś kobieta po domu, nie okazując żadnych uczuć ani mi ani siostrze. Przynosiła tylko ojcu kolejne flaszki, a mi jedzenie oraz pieluchy z tetry dla siostry. Prałem, myłem naczynia, przewijałem. Po śmierci ojca sama zaczęła pić. Zniszczyła się bardzo. Amelia miała cztery lata, gdy ją odebrali do domu dziecka, bo kobieta, która powinna otaczać nas opieką straciła (...)
--- full text ---
Me oczy nie patrzą w stronę, którą mi wskazywałaś. Znów stoczyłem się na dno i zatraciłem w smaku kawy i papierosów. Tym razem nie jest to ranek, ale czerwcowy wieczór, a za oknem znów pada deszcz. Dokładnie tak, jak przed laty, gdy poznałem Ciebie. To nie jest normalne. Pisałaś mi listy zza granicy, dzwoniłaś jak tylko miałaś czas. Dlaczego przestałaś? Moją winą zapewne jest to, że straciliśmy kontakt. To przecież tak oczywiste. Kolejny raz biję ścianę, żeby odreagować, ale nie odczuwam nic innego poza większym bólem fizycznym. Po każdym uderzeniu boli mnie dłoń, puchną kostki palców, a Ty i tak nie wracasz. Nie odzywasz się dalej mimo, że wyryłem już sporą dziurę w cegłach. Czemu?
Dziwi mnie to, że przez jeden nałóg odwróciłaś się ode mnie. Przedstawiałem alkohol nad Ciebie i Twoje racje. Ale czy nie byłaś trochę egoistyczna? Do tej pory lubię zadzwonić na Pogotowie Alkoholowe i zamówić flaszkę, aby pić do lustra i mieć chociaż z kim porozmawiać w zacisznym miejscu mego domu, łazience. Wtedy patrzę na swe odbicie i czuję ten sam wstręt, jaki czuć musiałaś Ty do mej osoby. Lubię też pośpiewać, choć mi to nie wychodzi. “And U can hide, I’ll find U.” Idealnie dobrane słowa do archeologicznego typu życia jaki prowadzę, prawda? Od zawsze ciągnęło mnie do destrukcyjnych rzeczy, ale teraz jest jeszcze gorzej. Jedna butelka to za mało, więc potrafię dzwonić po trzy, a później (...)
--- full text ---
Nienawidzę samotnych wieczorów. Najbardziej bolesną chwilą jest chyba
ta, w której nie mogę dotknąć Twego ciała. Nie podoba mi się
perspektywa alienowania się przed komputerem. Raczej nie. Fakt, mam
kawę, zapalonego papierosa. Jednak nie zastąpi mi to Ciebie. Co by
człowiek mógł zrobić aby odzyskać stracony czas? Co by zrobił, aby
powrócić w te miejsca, w których Cię całował, dotykał, spał z Tobą? Ileż
jeszcze czasu spędzę w taki sposób? Mam nadzieję, że niedługo się
zjawisz.
Zabrano mi oczy. Chyba tylko po to, żebym nie ubolewał nad brakiem
widoku Twoich. Nie mam także rąk. Przecież i tak nie mógłbym niczego
dotknąć. Nogi też mi zabrali. Zrobili to po to, abym do Ciebie nie
ruszył. Nie potrzebuję tego. Mam nadzieję, że nadal słyszysz me myśli i
potrafisz rozpoznać niektóre sygnały. Jak się mogę czuć w takich
chwilach?
Pamiętam Twój zapach. Był taki słodki. Przyjemnym mógłbym go nazwać.
Zawsze, gdy byłem w Twoim otoczeniu czułem woń truskawek i skoszonej
trawy. Tak. Dobrze pamiętasz. To moje ulubione. Smakowałaś jak mleczna
czekolada, która rozpływa się w ustach pod wpływem ciepła. Też tak
miałaś. Rozpływałaś się w momentach, w których danym mi było całować Cię
po całym ciele. Raczej nie zaznam już tego.
Nienawidzę ich za to, że zabrali mi Cię (...)
--- full text ---
Wybrał się nocą do ciemnego lasu. Czego tam szukał? A któż mógł
to wiedzieć. Może szukał szczęścia, a może jego marzeniem było spotkać
kogoś, kto go dotkliwie zrani? Odpowiedzi nie znał sam. Po prostu
spacerował. Potykał się o korzenie drzew, rozciął wargę, gdy wpadł
między gałęzie drzew. Mimo wszystko nie było w tym nic dziwnego ani
niepokojącego. Chciał tego. Gdzieś daleko w tafli jeziora odbijał się
księżyc. Słyszał wycie wilków, czuł trzęsienie ziemi, gdy sarny uciekały
przed czymś w popłochu. Ogarniał go strach.
Czy doszedł do domu? Oczywiście, że tak. Ale co było jego domem? Mały
pokój w uniwersyteckim akademiku, w którym nie mógł znieść swej
samotności. Co z tego, że mieszkał z dziewczyną, kiedy go w ogóle nie
rozumiała? Codziennie siadywał zatem na łóżku, zapalał lampkę i pisał
swe teksty. Nie wiedział sam czy zdoła je kiedyś opublikować. Przecież
to tak wiele kosztuje, a on drugi miesiąc żył jedząc czerstwy chleb z
wodą i cukrem. Urozmaiceniem posiłków były zupki chińskie, które i tak
ledwo co przełykał.
Błądził w swoich snach krętymi korytarzami labiryntów. Kiedy myślał,
że opuścił jeden, trafiał do drugiego. Co było nie tak? Jego umysł
zachowywał się jak lunatyk przez dwanaście godzin na dobę. Zwodził go,
mamił, a później wypuszczał w brutalną rzeczywistość. Ciężko było mu
zasnąć, jeszcze ciężej podnieść się z łóżka. Przytulał się do jej
zimnego ciała w nocy, aby choć przez chwilę poczuć jej bliskość. Nie
(...)
--- full text ---
- Zabiłeś go prawda?
-Tak, panie komisarzu, zabiłem ojca.
- Czemu mówisz o tym tak bez uczuć?
-Otóż… Nie był on zwykłym człowiekiem. Nie wiem nawet czy mógłbym go tak nazwać. Może i potworem był?
- Opowiedz mi o tym…
- Był listopadowy ranek. Jak zawsze wstałem i nim cokolwiek zrobiłem,
włączyłem muzykę. Jaki to był zespół to panu nie powiem, bo nie
pamiętam. Od początku dnia chodziłem jakiś rozkojarzony. Po porannej
toalecie i zjedzonym śniadaniu (jajecznica na boczku plus kubek gorącej
kawy z cynamonem) zaczął się armagedon, ragnarok czy jak kto woli
apokalipsa. Poszedłem do swojego pokoju i rozpętał mi piekło. Nie był to
pierwszy raz, wie pan? Otóż od 13 roku życia katował mnie nie tylko
fizycznie, ale wyniszczał mi także psychikę. Ja rozumiem, doskonale
rozumiem, żem do dziadka podobny, ale za jakie winy obrywałem za jego
raka? Nie moja przecież wina, że dziadzio zmarł. Ojciec wpadł w depresję
i się leczył, ale i tak każdą swoją złość odbijał na mnie. Chciałem
poprawy i czekałem długo, ale 7 lat to już przesada, nie sądzi pan?
Wrócę do tego dnia. mama poszła do pracy. Zapieprza w niej od
poniedziałku do piątku po siedem godzin dziennie – jest nauczycielką.
Ojciec stwierdził chyba, że jak mu źle to może potraktować mnie jak to
biedne dziecko, którym byłem (...)
--- full text ---
Winisz siebie za jej śmierć, prawda? Spuszczasz oczy, więc pewnie mam
rację. Cóż to za życie ze świadomością, że przyczyniło się do zgonu tak
bliskiej sobie osoby? Nie, nie namawiam cię do samobójstwa, skądże
znowu! Proszę cię, debila ze mnie nie rób. Widzę jak ta sprawa staje się
dla ciebie wewnętrznym pasożytem, który zżera ci mózg, a następnie
uderzy w soczyste serce. Ale wiesz co? Zbliż się. Nie chcę tego mówić
głośno. O tak, jeszcze bliżej. No przystaw uszko do moich warg. Jak to
zrobiłaś? Najpierw rozprułaś jej brzuch, czy może pierwszą wykonaną
przez ciebie... Nie odsuwaj się! Chcesz żebym krzyczał? Chcesz żebym do
kurwy nędzy krzyczał w środku parku na ciebie?! Twoje ciało powoli
zaczyna gnić, oczy straciły blask. Cuchniesz! Cuchniesz śmiercią i
rozkładającym się ciałem. Masz trędowatą duszę wiesz? Teraz powoli,
taaak powolutku będą odpadać jej rączki, nóżki, główka... prawie jak
Marcie nie? Przypomnij sobie i narysuj mi jak wyglądała tuż po
morderczym akcie. Weź ode mnie tę kartkę oraz ołówek i zwyczajnie to
zrób. Przecież wiem, że umiesz rysować. O tak, pięknie ci idzie. Nawet
krew narysowałaś.. Jaka zdolna dziewczynka!
A teraz powtórz mi jeszcze raz, ale tak żebym słyszał, jak do tego
doszło. Nie! Nie! Nie! Powiedziałem powtórz, a nie kłam. Nie (...)
--- full text ---
Zabrałem swe ciało biegnąc w stronę horyzontu
Uciekam daleko od miejskiego motłochu
Mówili mi walcz, bałem się jak nigdy
Że zatracę znów siebie, że stanę się nikim
Widziałem niebo, piekła także doświadczałem
Lecz żyć własnym życiem, oto czego chciałem
Drgaj struno jak głos biegnącego
Zabierz mnie stąd i powiedz, że nastąpi
lepsze jutro
Powiedz jak uciekać, gdy braknie tchu
Piosenko moja utul mnie do snu
Stałem się więźniem własnego umysłu
Ciągle w drodze nie znając własnego domu
Uciekam przed tobą i sobą samym też
Widzę jak faluje w biegu moja pierś
Zdarłem podeszwy, krwawią me nogi
Nie mogę odnaleźć swojej własnej drogi
Drgaj struno jak głos biegnącego
Zabierz mnie stąd i powiedz, że nastąpi
lepsze jutro
(...)
--- full text ---
Tekst.. Dawno nie pisałem takich rzeczy więc proszę o zrozumienie
1. Ślady twoje śnieg zasypał
Próżno szukać we łbie moim pustka
Spójrz za siebie tam mnie odnajdziesz.
O nic nie pytaj chodź zabłądzimy razem.
Złap mnie za rękę, wędrujmy przez pola
Bóg zapowiedział, że taka Jego wola.
Spójrz raz jeszcze, wędrówką jest słońce
Nie możemy się zatrzymać, wtedy przyjdą noce
ref. Uschniemy bez tego, jak samotne rośliny
Co nie mają dostępu do wody
A gdy razem powędrujmy spójrz,
Już nie dławimy się tym zatrutym powietrzem x2
2. Gram to zimą, ty usłyszysz to latem
Nie zawędrowałeś daleko tak, jak ja ze swym bratem
Nazwałem go echem, bo każdy dźwięk w nim tonie,
Rozbrzmiewa na nowo i jest nas już dwoje
Nauczył mnie jak grać, sam zechciał śpiewać
Ujrzysz nas obu w kawałku nieba,
(...)
--- full text ---
Zaległaś w mym sercu. Czemu? Tego ci nie powiem, to zbyt ciężkie. Choć ubrana byłaś w płaszcz czarny, potrafiłem przejrzeć go na wylot i dojrzeć twe blade ciało, skrzące się pod nim niczym gwiazdy odbite na tafli jeziora nocną porą. Przez całą wieczność spędzoną u Twego boku myślałem, a wręcz pewnym byłem, że pod twym płaszczem nie ma nic. Przecież widziałem zarys sutków przesuniętych od środka delikatnie w bok. Widziałem, jak za każdy razem gdy siadasz, zasłaniasz szczelnie okolice intymne, zapewne po to, aby zimny wiatr nie skalał twego łona. Zrobiłaś mi bagno z głowy.
Teraz patrzę jak umierasz. Toniesz w swojej melodii. Nuty zapisujesz na pięciolinii swoją krwią, zaś instrumentem są usta twoje. Poruszasz się niczym dyrygent orkiestry. Zmuszasz każdy organ wewnątrz swego ciała do nadnaturalnego wysiłku tylko po to, aby powstała melodia. „Ależ gracja”! - pomyśleliby zapewne tak ludzie, którzy ukończyli akademię muzyczną. „Poświęcić siebie dla muzyki to najwyższa forma sztuki!”. Cóż za brednie! Głowa mi pęka od sygnałów, które niby subtelnie a jednak tak dotkliwie ranią mój umysł. Cicha melodyjka przeradza się w coraz to głośniejszą galę instrumentów. Z twych ust wypływają już potoki krwi. Bryzgasz życiodajnym płynem na prawo i lewo tworząc tym samym obrazy. Okrutnie jest tak siedzieć i przyglądać się temu. Przykułaś mnie jednak strachem do tego fotela obitego starą już (...)
--- full text ---
