Oddechem mnie kołyszesz,
wpadasz w pusty bezwład ciszy.
A gdy tylko drgniesz powieką,
łza spływa srebrzystą rzeką.
Otuliły mnie zachody,
wiatry, szumy i wschody.
Suknie z ramion mi zerwały,
płatki lata zaplątały.
Okryłeś mnie płaszczem nocy,
gdy konały krople rosy.
Utuliłeś usta zemdlone,
napoiłeś żarem i popiołem.
W objęcia Morfeusza
odpłynęłam nagle, cicho.
Dzika, krucha i zlękniona,
omdlałam aż do świtu.
A oczy w półmroku drżące
śpiewały słowikowym tonem,
jakby noc ukryła w nich
cały smutek niespełnionych wspomnień.