Zmiana sposobu prezentacji
Idę przed siebie. Idę na wprost. W światło. W to jaskrawe jarzenie. W puls. Idę i nasłuchuję. Nic.
Słucham wciąż… W nikłych oddechach pustki. W tym chłodzie. W toni olśnionej miliardem
gwiazd. Idę. I słyszę jak mówią. I słyszę, że ono mówi. Że wszystko mówi… Że TO mówi...
Wszystko mi się kotłuje. W zamęcie. W rozgorączkowanej głowie.
W snach wariackich pełnych splątanych ze sobą zjaw
o nieustalonych rysach twarzy. O nieznanej proweniencji.
Przeciskają się przez ciasne korytarze, przedpokoje,
długie podziemne tunele w półmroku katakumb.
W rozwichrzonych płomieniach świec, łuczyw, lampionów.
I oto drzwi do pokoju.
I kolejnego pokoju,
w którym obskurne światło wiszącego żyrandola
rozsyła wokół mdławą poświatę żółtawego blasku.
Idą. Idą. Obijają sobą ściany stłoczeni ciasno, trącają gliniane figurki,
które spadają, rozbijając się z trzaskiem, z chrzęstem szklanych,
porcelanowych skowytów.
Obijają się o kanty przedmiotów ustawionych w nieładzie.
O krzesła, pufy, taborety i inne czworonożne stwory przebierające w miejscu wygiętymi w łuk
wątłymi, kościstymi odnóżami w takt pajęczych zalotów.
(...)
--- full text ---
Przechodzą cicho, mając przeszklone spojrzenia. W przedpokoju. W pokoju.
W noc ciemną i tkliwą. W noc majową. W pełną szumiących liści,
pełną drzew, gałęzi, podziemnych korzeni.
I w tę noc podążają moje złudy, widma… Te moje odwieczne
i wciąż milczące od lat pięćdziesięciu chore iluminacje.
Przepoczwarzają się. To znów nieruchomieją.
Ale są. I płyną naprzeciw obłokom bez-szepnie.
Albo szepczą jak wiatr na przekór milczeniu.
Albo stwarzają się od początku. I znowu. I wiecznie…
Dręczy mnie ta struna.
Zaciska się
coraz ciaśniej.
W bolesnym
skowycie
powolnego rozpadu.
W progu uchylonych drzwi leży zakurzone truchło jakiegoś ptaka.
Szkielet obsypany piórami.
I ten szkielet podobny raczej do szkieletu człowieka,
(...)
--- full text ---
Wszędzie oczy matki, smutne spojrzenia
Pójdziemy w las? Chodź, Pójdźmy w mrok, w mgielny bezkształt nicości. Spójrz, ja idę
tym krokiem powolnym i cichym.
Wiesz, dzisiaj jest wiatr. Wiatr bezwonny i tkliwy.
Taki wiatr majaczący na skroniach. I ten wiatr. Ten wiatr, który wciąż...
Ten nadmiar powietrza...
Nade mną.
Wokół.
Wszędzie…
Gałęzie mnożą swoje sklepienia. Bezlistne konary.
Wiotkie łodygi, których każde poruszenie.
Których najmniejsze nawet drgnięcie…
I coraz bardziej szeleszczą, szumią białą ciszą.
Takim szemrzącym szmerem
spadającym na membranę ucha drobniutkimi cząsteczkami czasu.
Tego czasu, który został w tobie. Nietknięty przez epoki zapomnienia.
Tego czasu, który we mnie…
Między drzewami rzeźby
(...)
--- full text ---
Kiedy przyjdziesz umówioną porą
Stoję pod tym drzewem, co wtedy. W niemodnym garniturze i w krawacie
uwiązanym krzywo.
I stoję spragniony miłosnego chleba: a nuż coś z tego wyniknie?
Pod tym cieniem skrzydlatym i bystrym
od oddechów letniego popołudnia,
od wietrznych westchnień oczekiwania.
I czekam, jak czekałem wtedy.
O tej godzinie, w której gołębie i wróble... I ptaki inne. I inne…
I kwiaty różane, których
woń, aromat i barwa…
Otwarły się szeroko,
zdziwione tym
upojeniem słodkim.
Wiesz, czekałem długo.
I czekam nadal.
Tutaj.
O tej godzinie sennej. Na wpół-wieczornej i tkliwej.
(...)
--- full text ---
Stańmy obok tego drzewa. Spójrz jak spada na nie milczący krajobraz. Milczące niebo
prószące mżącymi kryształkami lodu. To drzewo jedyne. Samotne.
Gdzieś w polu nieskończonej pustki. I gdzieś w pół drogi, kiedy idę: Ty.
I znowu: Ty.
Te skrzące się drobiny osiadają na twoich rzęsach.
Na moich. Naszych włosach.
Oprószają srebrem skronie.
I dłonie, kiedy wyciągamy je do siebie
w rozterce i trwodze nieubłaganego czasu.
Nie słychać niczego.
Nawet wron,
które zazwyczaj uświadamiają nam swoją obecność.
W dalekich odgłosach grzęznących w gąszczu chropawych, brudnych nawoływań…
Chodźmy.
Pójdźmy.
Gdzieś.
… dokądś...
(...)
--- full text ---
Gdzie oni są? Otóż pełno ich jest, całe zatrzęsienie w gwiazdotwórczej otchłani.
Gdzie są?
Wszędzie.
Wnikają w sny. W marzenia. W tęsknoty.
Rozsadzają sobą
rozpędzone strumienie czasu.
Zaciskam
powieki –
widzę ich.
Otwieram – widzę.
Czuję ich obecność poprzez mury zimne i ciężkie. Przez stare cegły...
Wtedy, podczas misterium
w pulsującej ekstazie
drgających świec, dostępuję obecności...
Przez te ściany zimne. Poprzez popękane tynki, mury tajemne….
(...)
--- full text ---
Przygniata mnie ten ciężar nocy. Siedzę przy stole w pustym pokoju.
Wokół morze płonących świec. Poustawianych gdziekolwiek, wszędzie. Wiesz jak to wszystko
płonie? Jak drży w dalekich echach chłodu, tworząc jakieś wymyślne konstelacje gwiazd?
Nie wiesz. Ponieważ nie wiesz. Nie ma cię tu. A może…
Nie. To plączą się jakieś majaki jak w gorączce,
w potwornie zimnym dotyku
muskają moje czoło, skronie, policzki, dłonie...
Osaczają mnie skrzydlate cienie szybujących ciem. Albo moli.
Wzniecają skrzydłami kurz.
Nie wiem. Szare to i ciche. I takie pluszowe mogło by być, gdyby było.
I w tym milczeniu
śnię na jawie.
I na jawie oswajam twoją nieobecność.
Twój niebyt. Ten rozpad straszliwy…
Za oknami wiatr. Drzewa się chwieją. Gałęzie….
Liście szeleszczą tak lekko i lekko. Suche, szeleszczące liście topoli, dębu, kasztanu. I trawy.
Te trawy na polach łąk kwiecistych. I na tych obszarach nietkniętych
(...)
--- full text ---
Kocham. Tak, to prawda. Tak mi jakoś. I tak jakoś za oknami tęsknie wieje wiatr.
Nie ma cię.
Jesteś?
Spójrz, właśnie podążam ścieżkami myśli, idąc wolno,
jakby aleją w parku pewnej przeszłej jesieni.
Wiatr jest wokół, ten szum,
co wnika w czaszkę.
Ten chorobliwy przesyt nicości,
której zimne dłonie obejmują moją twarz.
Przytulam się
do niczego.
Lecz, kiedy śnię…
Wiesz, tutaj jest wieczna wiosna. I maj. Ten maj jedyny.
Ten maj, który wciąż pachnie zielenią liści
i traw po niedawnym deszczu. Ten maj mój jedyny…
I te pyłki przelatujące wokół. Przede mną. Wszędzie…
(...)
--- full text ---
Kiedy idę pomiędzy nimi, kiedy się przechadzam, drzewa szumią.
Chwieją się w słonecznym blasku.
Migoczą kroplami drżące od jesiennego chłodu liście.
Deszcz niedawny strącają z siebie.
I otaczają mnie te cienie.
Kładą się ukosem
na wilgotnej
pod wieczór ziemi.
Na pachnącej jeszcze.
Potykam się o nie w tym powiewie
lekkim, kiedy idę. Kiedy mi tak bez ciebie…
Oklaskują moje
przybycie,
moje odejście.
Kiedy widzę w prześwitach,
kiedy patrzę tak w wysokie niebo…
(...)
--- full text ---
Wiesz, dzisiaj jest wiatr. Ten wiatr, który wplątał się w twoje włosy…
Ja tutaj, w tym pomieszczeniu, w tym pokoju szarym…
Ja tutaj… Jestem… Wiesz, czekam…
Chodź…
To wszystko się gromadzi. Ten kurz gryzący w gardle, w nosie…
Ten kurz raniący załzawione oczy… Jestem. Jestem tutaj...
Jechałem do ciebie, przedzierając się przez rozwarte skrzydła szamoczących się w powietrzu gazet.
Wilgotne oblepiały twarz..
Jechałem, bądź jadę nadal pociągiem.
I w tym pustym wagonie...
Słyszysz jak jadę? (O Boże, jak daleko mi do ciebie!)
A więc to już tak późno?
Zegar wybił
właśnie
drugą…
... połowę życia...
(...)
--- full text ---
(próba prozy poetyckiej)
Ten czas już nastał. Albowiem jest. Jest… I wkrótce uderzy. W nas. A więc ta korelacja zdarzeń
nastąpiła już wcześniej, tylko nikt nie wiedział. Nikt…
Nawet my.
Drżały płomienie świec w tej ciszy wielkiego oczekiwania. I drżały moje
usta. I gdybyś je dotknęła, gdybyś pocałowała, to poczułabyś zimno i drżenie. I zawarty w nim lęk
o przetrwanie
-- naszej miłości)
Wiesz, to mnie obserwuje spoza przeszłości na klucz zamkniętej.
I owiewa puste pokoje tchnieniem
białej ciszy szumiącej piskliwie i smętnie.
(zawsze wtedy, kiedy gorączka rozsadza umysł...)
I owiewa stropy, ściany, podłogi. I wiruje wokół sęków na deskach, na klepkach, na pozłacanych
ramach obrazów, na brzegach kryształowego wazonu, który zdaje się być epicentrum wydarzeń…
Płomienie dopalających się knotów tańczą jak oszalałe, jak w halucynogennych zwidach.
W delirium… Nie widzę za wiele i widzę wiele…
(...)
--- full text ---
