Zmiana sposobu prezentacji
Słońce skapuje miodem, o promienie opierają się kwitnące na nowo staruszki. Mól wielkości świerszcza rozpiera się na kołnierzu lichego paltocika, pamiętającego pierwszą połowę XX wieku. Nakarmiony wełną teraz zasmakuje resztek włosów swojej pani, wdzięczny za dożywocie. Biedne, bo biedne, ale pewne.
Ona mówi, że jest schyłkowa i nic już nie potrzebuje, bo czego można pragnąć, dobijając do setki. Tylko śmierci i wystawnego pogrzebu. Nie jakiś tam karawan samochodowy czy na akumulatory. Najlepiej ciągnięty przez parę karych koni, a trumna koniecznie ma być ustawiona na perskim dywanie. Mszę ma odprawiać sześciu księży. Na uwiarygodnienie opowieści dodaje, że już proboszczowi wpłaciła odpowiednią kwotę, a i co miesiąc dokłada, żeby po jej śmierci co tydzień odprawiał za nią mszę i wspomniał dobrym słowem. Dobrym? Czy słowo można kupić, tak jak pralkę czy telewizor? Babinka uważa, że tak. Ale zapomina, że dzieci drugiego męża nazywała bękartami i nie cierpiała, kiedy przychodziły, już dorosłe, ze swoimi dziećmi w odwiedziny. Cierpiała za to, kiedy w czasie jej miesięcznego pobytu w szpitalu, tylko raz odwiedził ją ksiądz, ten opłacony z góry za cotygodniowe dobre słowo o niej po śmierci.
Mawiała wówczas: Widzisz, ten to ma serce, a te bękarty to by tylko hałasu narobiły, a i pewnie na cukierki bym musiała dać.
Między drugim śniadaniem a obiadem zakwita też Jadwiga. (...)
--- full text ---
