Zmiana sposobu prezentacji
Pamiętam jak, w czasach swej młodości jeździłem z sanghą Kannon na odosobnienia medytacyjne. Byłem wtedy, młodym, zafascynowanym buddyzmem neofitą, który chciał szybko i bez trudu uwolnić się od cierpienia i osiągnąć oświecenie. Podskórnie czułem, że ze światem jest coś nie tak, jeszcze zanim Olga Tokarczuk zdążyła to ogłosić Szweckiej Akademii. Chciałem choć w małym stopniu zmienić ten stan rzeczy. Chodziłem na spotkania z mistrzami, czytałem książki o tematyce buddyjskiej, siedziałem w kucki ze skrzyżowanymi nogami i koncentrowałem się na liczeniu oddechów, aby oczyścić umysł z myśli i doświadczyć nirwany. Podobało mi się to, bardzo. Ciało miałem gibkie, kości elastyczne i nawet siedzenie w pozycji pełnego lotosu, nie sprawiało mi kłopotu. Szybko zdobyłem uznanie nowo poznanych współplemieńców i stałem się dumnym członkiem ich wspólnoty. Raz do roku, przyjeżdżał do nas z ameryki, nauczyciel. Był nim Rosi Kwong, syn chińskich emigrantów. W latach sześćdziesiątych zachłysnął się ruchem hippisów, chciał razem z nimi iść pod prąd ogólnie przyjętemu konsumpcjonizmowi. Tak trafił na Rosiego Suzukiego, który przyjechał do ameryki głosić dharmę. Praktykując pod jego skrzydłami został mistrzem Zen.
Zgodnie z tradycją praktykowaliśmy tygodniowe odosobnienia, zwane po japońsku Seshin. Wstawaliśmy o czwartej rano, by od bladego świtu, siedzieć twardo jak starożytni mnisi. (...)
--- full text ---
Gdzieś daleko stąd, pomiędzy wschodem a zachodem, na samym skraju świata było sobie królestwo, którego wszyscy mieszkańcy byli szczęśliwi. Od uprawiającego ziemię chłopa, przez cały szereg kupców, krawców, rzemieślników, aż po samego króla i jego świtę. Była to kraina mlekiem i miodem płynąca, gdzie każdy czerpał radość z samego istnienia. Cieszył się słońcem, deszczem, obecnością przyjaciół, pracował tyle ile trzeba i odpoczywał kiedy chciał.
Owszem choroba, śmierć i starość dotykała każdego, również, jednak nie na tyle by wpadać z ich powodu w rozpacz. Po prostu, przeżywano smutek, przygnębienie po stracie bliskich, jednakże po jakimś czasie, przechodziły ciemne chmury i wszystko wracało do normy. Była to kraina, którą z całą pewnością można nazwać rajem na ziemi.
Pewnego dnia do medytującego nad swoim szczęściem króla przybył w odwiedziny jeden z jego ministrów.
- Panie. – Odezwał głosem pełnym spokoju. - Czy mogę ci zająć chwilkę czasu?
- Ależ oczywiście mój drogi Rachmistrzu. Możesz mi zająć tyle czasu ile tylko potrzebujesz, jak wiesz bowiem czas jest pojęciem wspólnym i wszyscy w naszym królestwie możemy nim dysponować do woli.
- Tak. Wiem panie. - Skłonił się pokornie przed władcą jak tego nakazywał obyczaj. - Nasz czas jest naszym szczęściem jak wszystko inne i właściwie wykorzystany może przynosić korzyści nam i (...)
--- full text ---
Myślę, myślę, myślę i piszę. Zastanawiam się, kombinuje, analizuję, dochodzę do wniosku i nie wiem jak to powiedzieć. Chyba lepiej bym to zagrał, ale jeśli to zagram wtedy nie będę sobą. I tak, jestem w matni. Patowa sytuacja. „Cokolwiek zrobię popełnię błąd” - jak mówi powiedzenie zen. Tylko właściwie co to powiedzenie ma na myśli? Co chce przekazać?
A w cholerę z tym wszystkim, z tym całym zenem, psychologizowaniem, umizgiwaniem się i wygibasami pseudointelektualnymi. Miłość, miłość i jeszcze raz Miłość. Miłość dużą literą, Miłość jak M i Miłość przez Ł przedniojęzykowe. Miłość we wszystkich odmianach losu.
Kochaj i rób co chcesz. Żyj i kochaj. Umieraj Kochając, płacz kochając i przeżywaj odrzucenie kochając. Rań Kochając i miej świadomość, że raniąc możesz Kochać. Pisz używając bioder. Myśl lędźwiami, jak gdybyś tańczył. Czuj pulsujący rytm pod palcami i bicie swego serca, wsłuchaj się w drżenie swoich rąk. W delikatność dotyku. Przyspieszony oddech i podniecenie tekstu.
Przestań się oszukiwać. Postaw kropkę, lampkę wina i wykrzyknik. Zakończ zdanie znakiem zapytania. I tak każdy zrozumie to po swojemu.
Był sobie pewnego razu chłopiec. Miał na imię Emil i był bardzo szczęśliwym dzieckiem. Rodzice kochali go ponad wszystko i spędzali z nim wiele czasu, dzieląc się między sobą obowiązkami. Wszyscy żyli jak w pięknej bajce. Któregoś dnia ojciec Emila, który wprawiał syna od najmłodszych lat w trudnej sztuce polowania, ujął go w swych ramionach i powiedział ukazując rozścielający się przed nimi gęsty las.
- Patrz synu. To wszystko będzie kiedyś twoje, będziesz tak mężny i dzielny jak ja, lecz wiedz, że na tym świcie wszystko ma swój kres i kiedyś przyjdzie mi pożegnać się z tobą.
- Jak to pożegnać? - zapytał Emil – Masz zamiar gdzieś wyjechać?
- Ja po prostu umrę – Stwierdził ojciec.
- Ok. - Chłopiec pokiwał głową. - Ale właściwie co to znaczy?
- To, że mnie nie będzie, zostaniesz sam. Mama najpewniej w świecie też umrze, odejdzie, czy tam odwali kitę jak te lisy co nam wyjadają jajka z kurnika.
- Straszysz mnie! - Pogłębił swoje zdziwienie młodzieniec o kasztanowych włosach. - Mam się bać, jak zwierzyna, na która polujemy?
- Nie. - Zaprzeczył chcąc podtrzymać syna na duchu. - Powinieneś przyjąć to ze spokojem, rozumieniem i pokorą, gdyż taka jest kolej rzeczy.
- Jaka kolej rzeczy? Co ty mówisz? Chcesz mi powiedzieć, że wiedząc o tym, zdecydowałeś za mnie , że tak ma być. Że moja matka a twoja kobieta, wyda mnie na świat, po czym (...)
--- full text ---
