|
| |
|
ALL WORKS
Poetry (511) Prose (226) Diary (9) Photography (279) Graphics (73) Books (14)
About me Friends (1) | |
Zmiana sposobu prezentacji
VI. Nauka szaleństwa
Wiesz, Kochanie, odkąd cię poznałem, mój język się zrósł. Już nie przypomina wężowego. Ciągle uczę się szczerości, zaczynam - o zgrozo - być prawdomówny.
Chyba staję się głównym bohaterem nienakręcalnego filmu, szmiry, jaką noszę pod czaszką. Zaraz przyjdzie się rozmyć. Minister kultury i dziedzictwa narodowego nakazał natychmiastowe wstrzymanie prac, wszystkie kostiumy i dekoracje spalono. Zostałem sam na Srebrnym Globie. Czekam na Twój przyjazd. Piszą się panegiryki i elegie, muzyka zespołu Placebo zainstalowała się pod czaszką i za żadne skarby nie chce jej opuścić.
Każdy ja jest zakochany. Kim jest każda ty?
Kolejny raz przepraszam za obrzydliwy sen, w którym zostałaś zwęglona.
Właśnie wróciłem ze spaceru. Zapuściłem się (głupol!) do szklanej krainy o nazwie Jawa. Nie ma tam nic ciekawego: ludzie, bladzi i przygarbieni, dźwigają ciężkie myśli, uginają się pod ciężarem idei. Niektórzy, fantaści, szybują pół milimetra nad ziemią. Wydaje im się, że to lot pomiędzy chmurami.
Filmuję ich żałosne i kuriozalne, podrygi, usiłowanka, chciejstwo. Duszą się, czując podświadomie, że nie dane im będzie wznieść się ponad błyszczące i zimne miasto. Zgrywają, sami przed sobą, astronautów toczących bój z rojami meteorów, atakującymi Ziemię statkami kosmicznymi. Tępią Marsjan, międzygalaktyczni rycerze w (...)
--- full text ---
V. Hiporeaktywna
To poemat prozą, przywłaszczony z poprzedniej nocy. Uwierz w niego, a zniknie.
Przedwieczne pióro wbite w mój rytm, dość brutalnie zanurzone w drgający obraz. Może - plakat. Chcę płakać. Rymuję, by dodać sobie otuchy, choćby spróbować obłaskawić piaskowego demona.
Przychodzi mi się bowiem zmierzyć z twoją śmiercią, ledwie naszkicowaną na serwetce, albo tekturowej podstawce pod piwo, jakie kradnie się z barów; więc - zdawałoby się - niegroźną, całkiem łagodną, wytresowaną.
Z żartem wręcz, może nie najśmieszniejszym, bo niewulgarnym, ale i nie wywołującym w odbiorcy uczucia zażenowania, chęci popukania się z wymowną miną w czoło.
I choć z pozoru jest to ledwie śmierć muszki owocówki, wydarzenie mniej istotne niż notatka, jaką sporządziłem na marginesie zeszytu z liceum, bazgroł na odwrocie okładki od lat nieistniejącego podręcznika do nauki egotyzmu (do dziś się dziwię, że mnie tego uczono; co jak co, ale ten przedmiot miałem opanowany na szóstkę z plusem już w życiu płodowym), to jednak czuję, że w rzeczywistości jest ona dziką bestią w skórze myszy; jej śliskie i obleśne, grube jak ramiona kulturysty macki przebijają sen. Dotyka rzeczywistości, potwór. Jeszcze nie kaleczy. Bada ofiarę, delikatnie muska chcąc wyczuć, jak gruba ma ona skórę. Kolec jadowy czeka w pogotowiu, pięciometrowy i błyszczący.
--- full text ---
IV. Życie, roztwór przesycony
Niemal za każdym razem, gdy przejeżdżam obok opuszczonego, pogeesowskiego kiosku w Romanowie, mam tę samą myśli: kupić ową ruinę. Gdybym był bogaty jak cała armia skrzypków na dachach przedwojennych kamienic, jak sto tysięcy mleczarzy, jak sam Sheldon Harnick, gdybym był tak obrzydliwie bogaty, daidle deedle daidle, a wspomniany pokiosk - wystawiony na sprzedaż - nie wahałbym się ani minuty i zanabył truchło.
Po co mi taki - zawilgocona jak mniemam, stęchłą i spleśniała (nie byłem nigdy w środku tego przybytku, ale domyślam się, że tak jest, wnioskuję po widoku ogólnym, że dach nie należy do najszczelniejszych, poza tym lata nieogrzewania i braku remontów zrobiły swoje, podziałały in minus na kondycję budyneczku) ruina? Potrzebna jako rekwizyt do nonsensownego żartu.
Odmalowałoby się kiosczynę nienajdroższymi farbami, w zasadzie - jedynie elewację frontowej ściany, przewietrzyło z grubsza. Na świeżo wytartych z pleśni półkach ustawiłbym atrapy towarów: puste pudełka po herbacie, kawie, opróżnione z piwa i oranżady flaszencje, na ladzie pojawiłaby się kupiona za grosze, niesprawna kasa fiskalna.
I baba, obowiązkowo musi być babsztyl. Im starszy, bardziej krzykliwy i mniej sympatyczny - tym oczywiście lepiej. Hiperhetera, zwyciężczyni kastingu na atrapę (sic!) sprzedawczyni, zajmie miejsce za ladą, rozsiądzie się na krzesłotronie i (...)
--- full text ---
Do głowy został wtłoczony silikon, albo jeszcze lepiej: pianka montażowa. Skrzepł, zastygł, zbrylił się ów przepaskudny materiał. Nie mogę go wypluć, wykichać ani pozbyć się samodzielnie w jakikolwiek inny sposób; jedyna nadzieja w (oby jak najszybszej) operacji. Zapomnieć, zakrztusić się tajemnicą, strawić ją. albo znaleźć chirurga-amatora, na tyle szalonego, by zechciał przy pomocy młotka i ręcznej piły do drewna, w garażu otworzyć mi czaszkę i wyjął z niej niepotrzebne myśli.
I co z tego, że wyimaginowana córka przyniosła mi naboje wystrzelone przez kremlowskich siepaczy? Mam dość tematu niedawnej katastrofy, wszystkich jej aspektów. Brzydzą mnie teorie spiskowe, mdlą domysły, chce się rzygać na widok hord ciekawskich turystów wysiadających z autokarów, by zrobić zdjęcie, jedno, drugie, osiemset piętnaste; by nagrać filmik. Wycieczki jadące do pobliskiego muzeum Kraszewskiego zatrzymują się, by popatrzeć na mój biedny, były sad, hałdy ziemi przeoranej przez spadłe cielsko maszyny. Potem - przekopanej przez dziesiątki archeologów. Patomorfologów. Zoologów. Genetyków funeralnych. Przez wróżbitów, poszukiwaczy zaginionych Arek Przymierza.
Fotografujcie co się da, chamy: kikuty brzóz, grusz i jabłoni, martwe pnie z głęboko powbijanymi weń fragmentami skrzydeł i kadłuba, odłamane konary, gałązki, na których pomiędzy suchymi liśćmi prześwitują strzępki ubrań, kłębowiska kabli, (...)
--- full text ---
Brak celu poszukiwań, de facto bezsensowne błąkanie się po suchych korytarzach nieba, pogoń za nieskładną mrzonką. Bo czyż da się wyłgać na tyle duży i ciężki kamień, że nie podniesie go sam omnipotentny reżyser?
Kłamię przeglądając się w kieszonkowym lusterku. Dlaczego, do jasnej ciasnej widzę w nim Eda Wooda? Czy jestem predestynowany do bycia najgorszym z twórców, pisana mi rola uschniętego drzewa, które co gorsza za życia było bezpłodne, nie wydało nawet najlichszego owocu, kamienia, samej pestki.
Podpierając się kosturem zmierzam do granicy. Co mnie czeka za nieboskłonem? Ile księżyców własnej głowy, naturalnych satelitów obiegających łepetynę przyjdzie mi zwiedzić nim pojmę, że nie jestem w stanie stworzyć nawet etiudy? Kogo spotkam podczas tych wojaży po bezludnych głazoteriach, kraterowiskach? Czyje duchy wyjdą z niewidzialnych nor, zamczysk i bud, by mnie powitać? Zostanę ugoszczony przez Szeherezady, widma Fellinich i Eisensteinów, czy może rozwloką mnie ćwierćistniejące, mięsożerne głazy?
Wiem jedno - przez najbliższy czas nie spotkam nikogo realnego, z mięsa i czerwieni. To chyba dobrze - jak myślisz, kochanie?
Odpowiadam milczenie, pod żarówką-kwoką zasnęła scenarzystka mojej najszkaradniejszej myśli. Nie mam odwagi, by krzyknąć "stop!". Po co budzić? Tak słodko drzemie. To nic, że poza kadrem.
III. Rycerze (...)
--- full text ---
Gdzie w tym czasie znajduję się ja? Stoję za kamerą? A skąd!
Jestem ową lampą, lodowatą i sterylną, zwierzęciem pozbawionym uczuć i zarazem przedmiotem. Niszczę, kaleczę i zwiedzam, penetruję.
Po drugie: pochwała mutowania. Poważnie: niech żyją uskoki myślowe, nagłe zmiany kadru, odbieganie od tematu.
Zostawiam cię, kochana, w jakże nieprzyjemnym miejscu. Leż w owej norze. Nie dogorywaj, przebita lampą jesteś silniejsza, niż kiedykolwiek. Masz w sobie ładnych parę kilogramów metalu i plastiku. A w każdym drzemie ukryty, wpisany, wgrany mężczyzna.
Nasz film urywa się po zaledwie pierwszej scenie. Taśmie wyrastają rogi, kopyta, kartki, zęby i okładki. To dzieło-owoc wszechsztuki, wizualny mutant. Etiuda, którą można pogłaskać, przeczytać, okiełznać. Albo przekłuć szpilką, przebić torreadorską lancą. To byk poświęcony bogini, epigramat, pierwsza część Sagi o Ludziach Bez Idei. Otwórz na oścież wszystkie zmysły, a zrozumiesz go w pełni, odkryjesz, dlaczego mógł istnieć wyłącznie jako twór wielopostaciowy, fragmentaryczny, niczym teledysk. Zadziwi cię jego ukryta spójność.
Rozchyl wargi. Szerzej. A teraz wysuń język. Nie bój się - to nic obleśnego. Czujesz ten smak? Kwaskowaty i szczypiący. To druga zwrotka mojej filmowej litanii.
Zaczyna się od widoku obrazu Kobieta z deltoidem (olej, artysta nieznany, 1986).
Galeria-nie galeria, może burdel, w którym (...)
--- full text ---
I. Wszyscy mężczyźni to ja
Postawmy sprawę jasno: kompletnie, podobnież jak na murarce, ciesiołce, chirurgii, metalurgii, arytmetyce, czy litografii, nie znam się na filmach. Jestem laikiem zarówno jeśli chodzi o ich robienie, wytwarzanie, klecenie z desek, szmat, plastikowych kubków, zbijanie z myśli, butelek po oranżadzie i co tylko w łapy hiperreżyserowi by wpadło, jak i odbiorze; odzwyczaiłem się od telewizora, nie lubię, pogniewałem się na owo pudło.
Do najbliższego kina mam - bagatela - trzydzieści kilometrów. Na komputerze również nie oglądam dziesiątej muzy, zwyczajnie nie nauczyłem się, nie umiem, nie chcę, nie leżą, nie smakują mi filmy z internetu, są przypsute, ich termin ważności minął tydzień temu, a mimo to chciwy pan sklepikarzyna ciągle trzyma je na półkach, pomiędzy świeżym towarem. Pewnie liczy, że znajdzie się jakiś niedowidzący frajer, kupi, zapłaci jak za pełnowartościowy produkt.
Co mi uwiera i doskwiera w kinematografii? Wszystko i nic - odpowiadam dość wymijająco i cwaniacko, choć tak właśnie czuję - z jednej strony nuży mnie, żenuje, niekiedy oburza swoim żałośnie niskim poziomem, z drugiej zaś - mam świadomość że wina, jeśli w ogóle można rozpatrywać tę kwestię w kategoriach zbrodni i kary, grzechu apostazji, niewiary w sprawczą moc obrazów - leży wyłącznie we mnie, to w odbiorcy coś skisło, sfermentowało, zwarzyło się. Wziąłem (...)
--- full text ---
Odszedłem do historii i pragnę tam pozostać tak długo, jak to tylko możliwe. Nie wyciągaj mnie, mała, nieznana z imienia i nazwiska, Gotko.
Wiesz, prawie zapomniałem cię poderwać. Zdecydowanie za szybko odpuściłem, nie zamieniwszy z tobą nawet jednego sensownego zdania.
No już - leć, rozwiewaj się, przestawaj istnieć. Moja quasi-miłość zwiędła i wyschła, teraz to bukiet pokruszonych ostów. Bezpłodność, na jaką cierpię, kładzie się cieniem na pozostałych sferach życia, promieniuje negatywną energią. Staję się, nieco wbrew woli, mizoginem. Ród niewieści zaczyna mnie mało obchodzić, kontakty z kobietami - coraz bardziej mierzić. Hardzieję przy tym w durnowaty sposób, zacinam się w sobie. Szczerzę kły, toczę pianę z pyska. Uważaj - mogę ugryźć, w dodatku bez ostrzeżenia!
Wiem, jak wielka głupotą jest bycie zgorzkniałym, oskarżanie niejako dziewczyn, kobiet o swoją przypadłość, przenoszenie na nie odpowiedzialności i winy. Jednak pewna część mnie odpycha szare i lepkie, paskudne poczucie przegranej na całej linii. Nie mogę, jeśli nie chcę zwariować, obarczać siebie samego odpowiedzialnością!To najprostsza droga do myśli samobójczych, w końcu: autodestrukcji. Zamiast hodować w klatce piersiowej węża Kujapy - trzeba go zgnieść na krwawą miazgę, zdeptać! Ktokolwiek niech będzie odpowiedzialny za tę cholerną bezpłodność: Szymczuk, Olka, czy nawet Damian - pijatelista, (...)
--- full text ---
Oto zwiedzając wyjątkowo ciemne i zatęchłe zaułki miasta posiadł on niesamowite zdolności: picia z sześciu butelek jednocześnie, "zerowania" -jak to się mawia w żulomowie - półlitrówki czyściochy bez zakąski, bez zapijania. Alkohol, niczym brzydki i wyrodny bliźniak Red bulla dodawał i dodaje mu skrzydeł podczas częstych przepraw z policją, ucieczek przed strażą miejską, kradzieży sklepowych. W etylowej głowie Damiana toksyczny płyn, w jaki wsiąkł i od jakiego skisł, jest sokiem z gumijagód, tajemną substancją, po wypiciu której można biegać, skakać, latać, pływać - że znów użyję kryptocytatu.
Pijaństwo - szczere i pilne, przykładanie się do niego, w końcu: bycie biegłym w zawodzie alkoholika, jest według dziewięciopolskiej odmiany Wieniczki Jerofiejewa czymś równym byciu dobrym na przykład w szachach; nie żeby zaraz mistrzem świata, ale zwyczajnie dobrym, sprawnym zawodnikiem umiejętnie rozgrywającym kolejne partie.
Jeśliby iść tym, wódczanym tropem, do kolekcji panu da Vinci-bis brakuje jeszcze takich przymiotów, jak nałogowy hazard, uzależnienie od pornografii, masturbacji, internetu, narkomania i tym podobne. Tyle jest jeszcze pięknych dziedzin sztuki, rzemiosła, nauki, tyle pasji, w które można wsiąknąć po uszy, zatopić się w nich po szyję. I zgnić tam, zostać przez nie zżarty.
Co, boisz się? Czy zwyczajnie brak ci kasy, by dać sić pochłonąć przez kolejne - (...)
--- full text ---
Zostałem obdarowany sztuką. zrozumiałą przez większość ludzi myślących. Możliwości - to największa z poezji, próz, to genialna rzeźba, performance, koncert muzyki klasycznej (jakież czyste brzmienie!), romans trwający aż do znudzenia - pół kadru, szkolna etiuda rozciągnięta do rozmiarów telenoweli, posąg Florka Rodyjskiego na chwilę przed trzęsieniem ziemi, które obróci go w ruinę, wreszcie: to insygnia królewskie: korona, berło, jabłko i wisielcza pętla, zbroja chroniąca przed skrytobójczym ciosem, aparat fotograficzny, którym możesz zrobić jedynie selfie, to miłość zawistników i znienawidzenie przez najbliższych.
Zbyt wiele w tym obrazów, są tak wyraźne, jaskrawe, zbyt czyste, że nie umiem się w nich rozeznać. Łączą się, spajają. Doklejają sobie zera, by się przez nie podzielić.
Pieniądze. Wielorasowe: niektóre banknoty już dawno wycofano z obiegu, ale też i świeżuchne, wyglądające, jakby właśnie opuściły drukarnię.
Gapię się w oczy brodatych monarchów. Oni - łypią tuszowymi ślepkami. Zimni są, choć z papieru. Bije od nich smutek - jak mniemam - efekt zbyt długiego kiśnięcia w podwójnym zamknięciu - w walizie i szpitalu z Tartaru rodem.
Patrzą jakby z wyrzutem, pewnie są źli, że przerwano im wegetowanie, że w krainie bezpiecznych ciemności zaświeciło - małe co prawda, ale zawsze - światło. I razi w niebiesko-zielone ślepki.
Niespodziewany widok (...)
--- full text ---
- Jak - zadowolony z dzieciaka? Przyznałaś się, że to nie Florka?
- E... Nie słuchaj, on jest na silnych lekach...
- Flołek - ona kłamie, łże, jak ostatnia suka. Nawet żeś nie sczaił, że pod twoim nosem...
Uśmiecham się widząc zdenerwowanie Karoliny. W jednej chwili pąsowieje, jej policzki stają się buraczkowe. Ręce i głos zaczynają drżeć. Zapewnia mnie gorączkowo, durna szmata, że mnie nie zdradziła ani razu, brat majaczy, podano mu opiaty, halucynogeny, LSD, meskalinę, albo trefny paracetamol, co za brednie, Remi w ogóle się jej nie podoba jako mężczyzna, z resztą - nigdy nie myślała o nim w tych kategoriach, podobnie jak nie myśli się o księdzu, czy mentorze, starszym wiekiem wykładowcy, poza tym - świat nie kręci się wokół seksu, on jest jedynie jego częścią składową i kulturalni ludzie, literaci, potrafią powściągnąć chuć, stłumić rodzący się pożar, nim ogarnie dwa przyciągające się ciała.
Lawiruj, plącz się w zeznaniach, pleć, co ci ślina na język przyniesie. Żałosne! Przecież od początku miałem świadomość, co się dzieje, wiedziałem, że bachor, którego w sobie nosisz nie jest mój. Nie mam przecież genomu, w DNA hula wiatr, w każdej mojej komórce zieje pustka.
Jestem bezpłodny, antyojcowski, mogę kochać się i dwadzieścia godzin bez przerwy z setką kobiet mających akurat dni płodne - i nie pocznę ani jednego dziecka. Ja - to chodząca czarna (...)
--- full text ---
