2 july 2020

Praktyka a duchowość. Szkic problemu.

Obecnie nie mówi się głośno o tym, że dana religia jest zła, wiele ustawodawstw wprowadza wręcz ochronę prawną religii, często wiążąc je, np. z ochroną rdzennej tradycji kulturowej danego kraju, często dostrzegając jej zalety i wyrażając własną indywidualność i zestaw wartości, z jakimi się w mniejszym, bądź większym stopniu identyfikuje większość ustawodawców.

Ponad narodami coraz szerzej mówi się o ekumenizmie. Jednocześnie zdania "szeregowych żołnierzy" tej czy innej religii są raczej wyraziste a granice dokładnie postawione: np. na Facebooku: "Zadziwiająco łatwo dała się Pani urobić heretykowi", "w trosce o własne zbawienie proponuję więc, aby skupiła się Pani na lekturze Katechizmu, za męża zaś proponuję się modlić... o nawrócenie" czy z Deon.pl: "Bóg nie jest pluralistą-w Niebie będą jedynie katolicy".

Chrześcijaństwo podobnie jak inne religie ze swojej natury, kiedy mogą, unikają bezpośrednich konfrontacji i są im raczej niechętne, moim zdaniem dzieje się tak m.in. ponieważ:
- otwarte, bezpośrednie przeciwstawienie się obcej religii w naturalny sposób ją wzmacnia-jako "poważny" człowiek zajmuję się przecież czymś, co jest istotne, ma znaczenie, jest w jakimś sensie poważne.

- rodzi obawy o przeciwstawną, równą co do siły argumentacji ripostę z drugiej strony, ponieważ podstawowymi kwestiami są ostatecznie-właśnie kwestie wiary a wiara jednego człowieka nie powinna być traktowana "gorzej" niż wiara tysięcy, ponieważ substancjalnie niczym się one od siebie nie różnią poza swoją treścią a "prawda rozumu" wobec świata ponadzmysłowego, nie stanowi adekwatnego narzędzia.
W istocie niemal jedyna (poza sztuką) tak oderwana od wszystkich reguł "codzienności" dziedzina ludzkiego życia, że niektórzy uważają ją za dowód różniący nas od reszty fauny na tej wspaniałej planecie. Tutaj dwa i dwa dają różne wyniki zależnie od osobistego doświadczania, odpowiedzią może więc być np. jakiś kolor, smak lub emocja, całe przeżycie religijne. I to także może stanowić wartość, którą tak łatwo przeoczyć zbytnio i ślepo wierząc w ateizm.

Kwestie wiary są kwestiami wiary i nie da się na innej drodze, niż droga wiary uzasadnić taką czy inną rację. Najpierw na własny użytek potrzebuję jednak rozdzielić dwie kwestie: Istotność rzeczy w samej religii może być postrzegana jako istotność właściwa, czyli istotność rzeczy, o której mówimy dla samej wiary, stanowiącą część treści tej konkretnej religii, bądź istotną, ze względu na "lud Boży" tego, czy innego wyznania, ponieważ dana koncepcja może być np. atrakcyjna duchowo dla jakiejś grupy, w ramach danego wyznania, wzmacniając, bądź osłabiając jej jedność z resztą wspólnoty. To sprowadza całe zagadnienie do dwóch pytań. Czy powinniśmy "zakazywać" eksperymentów wspólnot z praktykami religijnymi będącymi wytworami innych religii z obawy przed ich rozpadem, lub ujednoliceniem i w konsekwencji "wchłonięciem" (aspekt istotności: "lud Boży") przez odmienną tradycję kulturową?, albo: czy powyższe praktyki spowodować mogą szkody duchowe (aspekt istotności "Treść wiary")

Czy więc oficjalne odgórne poniechanie "wojen religijnych" w każdym możliwym sensie wprowadziło "pokój i braterstwo" Ludzi różnych wiar, nacji i kultur? W pewnym i ograniczonym stopniu. Np. jeżeli dziś się nawrócisz i Bóg powie ci, że masz pojechać do północnych Indii głosić prawdę Chrystusa, wiedz jedno, najpewniej powrócisz w plastikowym worku i "drewnianej jesionce". Nie po to hindusi przez setki lat walczyli o swoją wiarę podbici i mordowani przez mięsożernych (błe!) muzułmanów, żeby teraz jakiś człowiek nawet w najlepszej możliwej wierze próbował ich "nawracać" z drogi "ciemnoty" i "bałwochwalstwa". Hare Krishna! Hare Rama! I maczetą... a świadkowie nic nie widzieli i nic nie słyszeli... każdy chce żyć, (także, a czasem zwłaszcza, społecznie).

Czy osoba, która poprzez praktykę danej duchowości zaszkodziła sobie, będzie żywić wrogość, niechęć, widzieć w niej zło, żywić uraz do tej duchowości, a zwłaszcza jej praktykowania? Raczej na pewno. Doświadczenie osobiste, zwłaszcza długoletnie, powoduje, że "wie się więcej", oraz wzmacnia i dookreśla swoje postawy wobec doświadczonego zjawiska:

- Pogłębia znajomość tematu nie tylko w teorii, ale także w jego aspekcie praktycznym.

- Doświadczenie na "własnej skórze" czyni je osobistym i wzmacnia przekonanie o swojej wiedzy w danym temacie.

- respons emocjonalny jest o wiele silniejszy dla osoby zaangażowanej lub posiadającej istotne wspomnienie zaangażowania.

To rodzi pytanie: Czy taka osoba jest odpowiednią do oceny zagrożeń praktykowania wiary katolickiej w stylu praktyk medytacyjnych wschodu? Na chwilę obecna skupiłbym się raczej na stworzeniu grupy zadaniowej, które mogłaby spojrzeć na temat szerzej, przez pryzmat własnej specjalizacji i rozważyć:


1. Czy praktykowanie medytacji chrześcijańskich w stylu wschodnim, wprowadza elementy obce lub wrogie, przez co stanowi zagrożenie dla członka wspólnoty? Jeżeli tak:

2. jakie i jak są groźne. Np. czy chodzi o otwarcie na emanacje duchowe obcych bytów duchowych istniejących, zanim powstało chrześcijaństwo (upadłe anioły czy też demony, duchy, bogowie itp.) nieświadomego zagrożeń przez brak nauczyciela metody nie do końca świadomego uczestnika, a może zagrożenia dla zdrowia psychicznego praktykującego, lub np. brak właściwego rozeznania i ucieczka od psychicznych obciążeń od wspólnoty chrześcijańskiej na rzecz zanurzenia w osobistą kontemplację.

3. Co przeważa-owo potencjalne zagrożenia dla członków wspólnot chrześcijańskich, czy możliwość przyciągnięcia nowych ew. wzmocnienia istniejących współwyznawców, którym może z jakiejś przyczyny bardzo odpowiadać taka, czy inna forma formacji duchowej.

Duchowość a świat duchowy.

Pojawia się więcej zagadnień:

1. Czy istnieje świat duchowy? Nie analizuję tego pytania, dla mnie tak, ponieważ istnieje ludzka duchowość i nie wiem. Obie łącznie i nie przeczą sobie, lecz są komplementarne. To filozofia myślenia zachodu każe nam myśleć, że coś jest czarne, albo białe, że jeżeli obiekt X istnieje w punkcie A, to nie może w tym samym czasie istnieć w punkcie B. To złudzenia, pułapki umysłu. Prawa fizyki kwantowej temu przeczą.

Czy istnieją "odmienne" światy duchowe poza tymi będącymi w oglądzie danej religii, czy jedynie różne oglądy jednej rzeczywistości duchowej. Odmienna "percepcja" rzeczywistości duchowej poprzez członków różnych wyznań u podstaw ma zadziwiająco dużo podobieństw. Mity każdej nacji zawierają w większości przekaz wartości zrozumiały i stanowiący pewna wspólną wszystkim ludziom mądrość życiową.
- ludzie po zażyciu śr. halucynogennych mogą bardzo różnie opisywać, odczuwać nawet ich efekty, czy to powoduje, że opisują różne rzeczywistości?
Czy demony spokojne i gniewne w religiach Wschodnich to inne nazwa aniołów i diabłów w Kościele katolickim? Czy też stanowią nowe, obce ciało w chrześcijańskiej angelologii, której część stanowi chrześcijańska demonologia?

Jakie konkretnie zagrożenia czyhają na chrześcijanina na drodze medytacji? Czy chodzi o opętania, czy "jedynie" otwarcie się na działanie duchowych sił, mogących wpływać na nasze zdrowie, świadomość, zmysły? Jak poważne to stanowi zagrożenie?

Czy zagrożenia te dotyczą wszystkich praktykujących, czy też tylko w jakiś sposób na takie oddziaływania uwrażliwionych, ludzi np. wrażliwszych niż przeciętnie. Cechujących się skłonnościami do mocniejszego, wyrazistszego doświadczania i przeżywania swojej rzeczywistości?

Ilu ludzi (poza ludźmi zachodu doświadczonych poprzez wieloletnią praktykę, których nie ma jeszcze tak wielu) wierzy, że medytacja może mieć takie skutki?

Powracając zatem do podstawowego pytania:

Czy praktyka medytacji w stylu wschodnim wprowadza do Kościoła katolickiego ukryte "placówki" duchowości wschodniej w stylu np sanghi buddyjskiej ("lud Boży")?

Czy sprowadza na członka wspólnoty chrześcijańskiej zagrożenie otwarciem na bóstwa i demony wschodnie niczym w horrorach Stephena Kinga ("Treść wiary")?

Czy osoba wieloletnie praktykująca medytację wschodnią twierdząc, że jest ona automatycznie szkodliwa, niezależnie od "otoczki" chrześcijańskich treści na prawo twierdzić, że kościół powinien natychmiast zaprzestać "flirtowania" z wschodnią techniką medytacji poprzez fakt, że medytacja wschodnia opiera się na osobie medytującej a kościół powinien opierać się tylko i wyłącznie na Bogu, Jezusie Chrystusie i Duchu Świętym? Czy takie rozróżnienie ma sens? Semantycznie na pewno, uznając, że jest w nas Bóg, niewiele nas dzieli, do uznania, że sami jesteśmy Bogiem. To byłaby poważna herezja. Rozwiązanie, jakie proponował o A. De Mello jest proste, trawestując: Nie ma małego tancerza i dużego tancerza to złudzenie, jest tylko duży tancerz i jego taniec. Ale De Mello* nie został uznany przez Kościół katolicki. Ratzinger krytykował go za "niedopuszczalne odejście od doktryny katolickiej"...

Św. Tomasz z Akwinu pisał, że jedyne co można powiedzieć o Bogu to to, że niczego o nim powiedzieć się nie da. Tak dalece przekracza on nasze rozumienie. Religia katolicka w praktyce wydaje się jednak bazować na w pewnej chociaż mierze "zrozumiałości" intencji i przymiotów samego Boga, jego miłości do człowieka, itp. Czy to jest sprzeczne? Czy istnienie logicznej sprzeczności w dziedzinie religii mają rację bytu? A w takim razie, czy teologia ma jakikolwiek sens?

W celu zbliżenia tego materiału do rzetelności należy zwrócić tutaj uwagę na jedną, podstawową różnicę celu w obu systemach religijnych. Powierzchownie patrząc są podobne i nadal wielu ludzi myśli że wszystkie religie zmierzają do Jednego-Boga. To tylko inne imiona-prawda? Niestety nie.Tym bardziej taki hinduizm, gdzie tak naprawdę poszczególne bóstwa w swej wielości i różnorodności to tylko emanacje naczelnej Boskiej Mocy. Ich odrębność jest złudzeniem, które ułatwia wiarę prostaczkom, "ciemnym masom", lecz postępujący na drodze do oświecenia nie pozostaje na tej płaszczyźnie poznania. Ponieważ więc wszechświat i wszystkie energie (w tym duchowe) stanowią Jedno. On sam jako mikrokosmos niczym od nich się nie różni i jest z nimi jednym a więc jest wszystkim lecz nie-sobą. Nie ma osobowego ja, żyje w jego złudzeniu, to złudzenie sprawia, że cierpi, nie ma wiec tak naprawdę relacji z nie-ja, z Innym. ponieważ takie nie-Ja to także tylko złudzenie. Np. współczucie nie jest już współczuciem, lecz bardziej zniesieniem oddzielenia od ja cierpiącego które (złudnie) prezentowane jest poza mną. Brak jest relacji. W swej absolutnej samotności człowiek wschodu musi ostatecznie przezwyciężyć każdą relacyjną emocję, nie istnieje więc przyjaźń, miłość... jeżeli w tym życiu kochasz swojego męża czynisz tak właśnie po to, aby się nawzajem od tego przywiązania uwolnić. Ktoś powie ok. ale w Biblii także czytamy "kochaj bliźniego jak siebie samego" - owszem, ale to "jak" tutaj zawarte jest w tym przypadku najważniejsze, nie napisano: będąc nim kochaj samego siebie, ubóstwiaj Boską Moc którą sam jesteś, która cię uplotła w każdą formę jaką dostrzegasz. Z jednej strony więc zabijasz na drodze praktyki osobowe "ja", odrzucasz je, a im bardziej jesteś w stanie to uczynić, tym bliższy jesteś boskości i entazy (osobista ekstaza) z drugiej stajesz się absolutnie samotny, poza Jego łaską, poza wszelką miłością oprócz zachwytu wobec siebie samego. To dlatego nie warto wytwarzać, myśleć, pracować czy nawet pomagać. Dlatego tak inaczej ludzie wschodu patrzą na życie. Samsara czyha na każde twoje potknięcie aby ponownie wrzucić do świata jako istotę żywą, przemijającą a więc także cierpiącą, uwięzioną w odwiecznym kole reinkarnacji. Np. Kontakt z chorymi wpływa negatywnie na twoją karmę a nawet przeszkadza im w jej oczyszczeniu cierpieniem jakie ich dotyka nie posiada wymiaru stricte moralnego - to bardziej przypomina mechanizm a oni sami je sobie zadają ustawiając "złe parametry" przez błędne i szkodliwe przywiązania, gniew czy zło jakie uczynili, skazując na dalsze cierpienie w przyszłym życiu. W takim świetle realna pomoc, praca lekarza, pielęgniarki, itd. pochylenie nad samotnie umierającym gdzieś na odludziu bądź tuż obok całej grupy ludzi staje się nie tylko niepotrzebne, ale nawet okrutne, złe. Możesz od wschodu słońca do nocy i w nocy podziwiać niebo nad płonącymi stosami Waranasi, oddychać unoszącym się w powietrzu popiołem z ludzkich ciał. Ghaty gdzie palone są zwłoki są zawsze chętnie odwiedzane, także przez dzieci, nie dla niezdrowej fascynacji, nie ma współczucia. Emocje oznaczają jakiś osobisty problem. Zdarzają się kłótnie z Niedotykalnymi o pieniądze za drogi drewno. Znikające obok, pożerane płomieniami ludzkie ciało w najprostszy sposób unaocznia złudzenie jakim jest życie. Przynosi nadzieję na ulgę w przyszłym życiu, albo całkowite uwolnienie i wieczne szczęście w nieosobowej Jedności z Bogami. Odczarowanie śmierci może być najprostszą drogą do akceptacji życia i cierpień jakie się z nim wiążą. Leczy także z wielu psychicznych przypadłości człowieka zachodu. Pozbawia też złudzeń - w tym systemie człowiek jest absolutnie i nieskończenie samotny. Oczywiście w innym sensie. Samotność to cierpienie płynące ze złudzenia posiadania osobowego "ja".


Ja piszę - ja wybieram: "Po owocach ich poznacie" Dziecko, które nie upadnie nie nauczy się chodzić, jeździec potrzebuje czasem spaść z konia aby stać się lepszym jeźdźcem-itd. Niech próbują, na własną odpowiedzialność. Ważne, że im zależy. Że chcą być inni, lepsi, rozumniejsi, wrażliwsi, wolni. Powiedziałbym - bardziej ludzcy.

*Anthony de Mello pochodził z Goa, ówczesnej portugalskiej kolonii w Indiach. 1 lipca 1947 wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego. Odbył w Hiszpanii studia filozoficzne, w czasie których zainteresował się Ćwiczeniami duchownymi św. Ignacego Loyoli oraz dziełami innych mistyków europejskich – św. Teresy z Ávila i św. Jana od Krzyża. W słynnej ignacjańskiej formule − „Módl się tak, jakby wszystko zależało od Boga, a działaj, jakby wszystko zależało tylko od ciebie” − widział zarówno swoje doświadczenie religii chrześcijańskiej (pierwszy człon zdania), jak i buddyjskiej (drugi człon)[4]. Podobnie też, w sposób eklektyczny, odczytywał inne słynne sformułowania Ojców Kościoła czy mistyków. Na przykład cytat z Wyznań św. Augustyna z Hippony „Nasze serca zostały stworzone dla ciebie, Panie. Niespokojne jest serce, dopóki nie spocznie w Tobie, mój Boże”, kojarzył ze słowami poematu Kabira, „Śmiałem się, gdy mi powiedziano, że ryba w wodzie ma pragnienie”[5]; zaś słowa Mistrza Eckharta, „Boga nie osiąga się w procesie dodawania duszy czegokolwiek, ale przez odejmowanie”, uzupełniał fragmentem świętej księgi hinduizmu, Bhagawadgity: „Rzuć się w wir bitwy, ale serce twe niech trwa wśród kwiecia lotosu, u stóp Pana” ... (Wikipedia)


list of responded items:

 

choose your artistic answer

 


number of comments: 9 | rating: 0/4 | report | add to favorite

Comments:

Jestem,  

"Św. Tomasz z Akwinu pisał, że jedyne co można powiedzieć o Bogu to to, że niczego o nim powiedzieć się nie da." To najbardziej mądre stwierdzenie, jakie do tej pory słyszałem.

report |

Kvasar,  

:) Za to można wiele o Jego doświadczaniu. Np W mroźny poranek w górach, na siedmiu tysiącach metrów wysokości o wschodzie słońca...

report |

Kvasar,  

Oczywiście może też w grę wchodzić obrzęk mózgu....

report |

jeśli tylko,  

trochę się zgubiłam w zakrętach, ale nie przemawia do mnie upieranie się, że Pan Bóg jest katolikiem.. itp..

report |

Kvasar,  

To tylko mój mały komentarz pisany dla siebie do pewnej rozmowy. Mało w nim porządku. Przepraszam. :)

report |

Kvasar,  

Ha! Do dzisiaj trwają gniewne spory jakiego Bóg jest wyznania! (Tylko używa się do nich innych słów).

report |

valeria,  

Bóg jest taki, jak o sobie pisze. Jeszcze nikt z nieba nie powrócił.

report |

Kvasar,  

A jednak napisałaś komentarz. Prawda etapu? PS. Ty byś wróciła? Chciałabyś włożyć dłoń do ogniska, wiedząc wiedzą nadprzyrodzoną, że to nikomu nie pomoże?

report |

valeria,  

nie, nie włożyłabym, ale Bóg jest ze mną, bo tak sobie zażyczyłam.

report |




Terms of use | Privacy policy | Contact

Copyright © 2010 truml.com, by using this service you accept terms of use.


contact with us






Report this item

You have to be logged in to use this feature. please register