pamiętam poranek: jakbym od zawsze chciała
wziąć ją za rękę, a ona kryła się w obłoku przydrutowanym
do krzyża i wydawała dźwięki niby śniący pies (ale wtedy mało
wiedziałam o malarstwie). mleczna
zupa kapała na ceratę, jakby cała narracja była o niej:
żółknące skrzydła pokrzyw, chusta na drogę, osy wrzynające
w warkocz drożdżówki. moje stopy
— leśne myszy ocierające sandał matki, żeby znowu był
potrzebny. wspomnienie powstawało powoli, jakby usiadła
przy oknie. i zamarła.
myślnik zupełnie niepotrzebny, ten fragm. intrygujący i zastanawiający jat te osy to zrobiły ;) :"osy wrzynające w warkocz drożdżówki" - proszę coś dopowiedzieć :) Piękny wiersz o pożegnaniu i godzeniu się z nieuniknionym, pozdrawiam
report
Mnie wydaje się zasadny, ale mogę się mylić. Dziękuję za ślad.
report
czyli nic nie dopowiesz odnośnie prośby ? ok. Zasadny gdyby nie było nowej strofy - mnie wydaję się ;-]
report
ten fragment wydaje mi się tak bardzo czytelny, że aż nie wiem, co napisać - a znając Twoje/Wasze poczucie humoru, tym bardziej. (jest łącznikiem).
report
Piękny wiersz, pełen niby zwykłych a jednak nieszablonowych obrazów. Pozdrawiam :)
report
Dziękuję, Bosa. Lubię zwykłe.
report
no i zatrzymał mnie wiersz.
report
Dziękuję, że i Ty się zatrzymałeś.
report