29 march 2020

Powietrze

Wdycham poranne powietrze. Rześkie strumienie ochładzają nozdrza, przepływają do płuc i rozbudzają. Przypomina coś ulotnego, co pamiętam jakby z wczoraj, choć wiem, że było w czasach, kiedy świat wydawał się bardziej kolorowy, a sprawy czarno-białe.
Jest w nim coś szkolnego: coś z przerzucania jesiennych liści, coś z wypraw nad cuchnącą ściekami rzekę, przepływającą smoliście przez centrum miasta. Coś ze spacerów wokół parkowej palmiarni. Coś z przesiadywania w sali do biologii mieszczącej się w piwnicy ostatniego pawilonu, obracania głową we wszystkie strony i spoglądania: to za okno, gdzie w szarawym świetle październikowego słońca na boisku grupa chłopaków ze starszej klasy, dając upust swym samczym zapędom, wyrzucała sobie wzajemnie puszczone szmaty, a sroga nauczycielka, ta bardziej męska wersja lesbijki, trzepała otwartą dłonią w potylicę każdego, kto ważył się w jej obecności użyć wulgarnego słowa; to na model szkieletu ustawiony z tyłu sali, tuż przy sercach świń zatopionych w formalinie jak wyrośnięte owady w zastygłej żywicy.
Jest w tym powietrzu coś z wymaszerowywania z domu o siódmej trzydzieści, pokonywania zatęchłej klatki schodowej, omijania świeżych plam moczu i kup pozostawionych przez zniedołężniałego psa sąsiadki. Coś z wypadania w szary świt i wymijania starszych zaspanych twarzy spieszących do pracy i młodszych półprzytomnych twarzy goniących do szkół: każda wpatrzona w nieokreślony punkt w oddali, omijająca wzrokiem to, co obok. Jakby chciały najprędzej przejść przez to miasto, pozbyć się złudzeń, że cokolwiek ma sens i że warto się rozglądać.
Jest w tym powietrzu coś, co nazywam godziną wielkiego milczenia: słyszałem jedynie te rozkrakane przecinki na wyblakłej karcie nieba, obsiadające rozkraczone drzewa wyciągające do chmur gałęzie w geście błagania o lepszą pogodę na rozwinięcie pąków i liści. Nie wiedziały drzewa i nie wiedziały ptaki, że to już schyłek – zaraz były znicze i słodycze z odpustu, zaraz były defilady i salwy honorowe. Wspominaliśmy zmarłą, wtedy przed pięcioma laty, ciotkę Ryśkę, siostrę ojca, do której odwiedzin w hospicjum przed jej śmiercią zmuszał nas ojciec, gdzie smród papierosów, z których każdy mógł być tym ostatnim, mieszał się ze smrodem zmienianych pieluch; od której w rodzinie wszyscy się odwrócili, gdy wyszła pewnego dnia z domu i zniknęła, zostawiając roczne dziecko pod opieką babki. Ale o zmarłych źle się nie mówi, pokój jej duszy. O zmarłych mówi się dobrze, psia jego mać.
Jest w tym powietrzu coś śląskiego: coś z podróżowania po miastach aglomeracji, między jednym a drugim familokiem, wzdłuż wielkiej płyty, od kamienicy do kamienicy. Tłuczenia się rozklekotanymi jelczami, unikania stania w przegubach, które gąsienicowato to nas miażdżyły, to rozciągały. Polowania na puste miejsca i wkładania twarzy w czapki, by nie zwymiotować od mdłego zapachu żółtych wunder-baumów i ostrej woni potu śląskich macho z węglem za paznokciami, o nalanych, błyszczących jak woskowane jabłka policzkach.
Jest w końcu coś takiego w tym powietrzu, co każe mi codziennie po przebudzeniu zastanawiać się, czy wyjdę w to czwarte co do wielkości miasto w województwie śląskim. Zobaczę gmach dyrekcji nieczynnej huty, w którym na balkonie w 2000 roku strajkował sąsiad spod piątki. Przejdę się do Ewuni, w której donuty sprzedawano już w latach 90. jako pączki angielskie: ciepłe, parzące w palce, rozpływające się w ustach; ubrudzę sobie twarz pudrem z tych pączków. A jeśli to będzie lato, wezmę ogromny deser ze świeżymi owocami, którego nie dojem, a lody śmietankowe będą spływały mi po brodzie. I nie będę miał żadnych skojarzeń.
I będzie to sobota, na pewno będzie to sobota. Nie pójdę do szkoły, tylko przejdę się ulicą Zwycięstwa, skręcę w Fredry, gdzie w wieku lat czterech i pół wyprowadziliśmy się z mieszkania po dziadkach od strony ojca. Gdzie mieszkałem z rodzicami w jednym pokoju przedzielonym meblościanką, zza której w dziecięcych koszmarach wysuwała się głowa dzikiego olbrzyma ze zmierzwionymi czarnymi włosami, wpatrująca się we mnie i w rodziców, a na moje pytania, kim jest ta postać, mama tylko uciszała mnie i patrzyliśmy dalej; ta głowa odwiedziła mnie we śnie jeszcze kilkakrotnie. W pokoju, w którym, przebudziwszy się w środku nocy z gorączki i bólu, byłem stawiany przed ojca do kąta, aż się nie uspokoję. W pokoju, w którym matka musiała tańczyć przed nim nago, godziła się odprawiać ten plemienny rytuał, by nie wyrzucił jej z domu.
Pójdę Fredry, a potem przez Park Chopina, wdychając wciąż to samo rześkie powietrze, by nie utracić wizji. Sprawdzę, czy pod palmiarnią, jak co roku, wystrzeliły już krokusy, tuż przy bezpańskim lwie, o którym wierzyłem, że zeskakuje z cokołu i przechadza się alejkami, kiedy zamykają park o zmierzchu. Przejdę się ulicą, gdzie w domu w londyńskim stylu mieszkała dziewczyna, z którą bawiliśmy się w eliksiry i zielarstwo w przepastnym, dzikim ogrodzie. Wtedy naprawdę wierzyliśmy w czary. Prawdę mówiąc, nadal w nie wierzę.
Wreszcie dotrę do biblioteki przy Kościuszki. Tam właśnie uciekałem, w świat książek, w świat spraw bibliotecznych. Tam oprawialiśmy, katalogowaliśmy, inwentaryzowaliśmy, sklejaliśmy zmechacone książki razem z paniami bibliotekarkami, które koło południa wysyłały mnie do pobliskiego Baru Teatralnego po obiad, dzięki czemu przy okazji i mnie dostała się porcja pierogów ruskich, podobno najlepszych w całym mieście. Wejdę między półki i sprawdzę, czy pod literą S jest wystarczająco dużo miejsca, by zmieścić tam moje przyszłe dzieła. Wejdę tam i postanowię, że ukończę licencjat z bibliotekoznawstwa.
To powietrze od lat nie uleciało.



other prose: Powietrze, Stan równowagi,

Terms of use | Privacy policy | Contact

Copyright © 2010 truml.com, by using this service you accept terms of use.


contact with us






Report this item

You have to be logged in to use this feature. please register

Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu oraz prowadzenia danych statystycznych. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.    Polityka Prywatności   
ROZUMIEM
1