Pavlokox


Świniobicie po ciężkiej nocy


Kilka lat minęło od śmierci mej kuzynki,
Gdy zabrały jej życie barszczowe roślinki.
Nie dopilnowałem wtedy małej Anielki
I poparzył ją barszcz mantegazziego wielki.
Zmarła ślepa okaleczona przez znachorkę,
Opłakiwana miesiącami przez mą ciotkę.
Wuj natomiast całkowicie zmysły postradał.
Zamknięto go w zakładzie, bo na barszcze szczekał.
Ciotka sprzedała rzeczy z jego gabinetu
I uciekła z pieniędzmi z dala od zaścianku.
Normalnie nie obchodziła nas ta rodzina.
Pojawił się lecz problem, to nie nasza wina.
Ciotka ostała bez opieki starą matkę,
Która chorowała w sąsiednim gospodarstwie.
Rodzice wysłali mnie tam bym jej doglądał.
Nie było możliwości bym tą sprawę olał.
 
Pierwszy tydzień wszystko przebiegało spokojnie,
Ale dom staruszki wyglądał jak po wojnie.
Pod jednym dachem były też zwierzęta rolne –
W sąsiedniej izbie biegały zupełnie wolne.
Co dzień posiłki szykowałem i sprzątałem.
Czasem także myć oraz przebierać musiałem.
Nocowałem w byłym domu mego wujostwa,
Gdzie po śmierci Anielki spotkała mnie chłosta.
Tak jak wtedy miał się odbyć ubaw i pląsy.
Wyciągnął mnie Zbyszek, który zapuścił wąsy.
Spędziłem noc na parkiecie. Bardzo się schlałem,
A nad ranem miejscową Jagnę posuwałem.
Nie wiem czemu, myślałem o tym, jak lał mnie wuj…
Po wszystkim polazłem spać pijany. Bolał chuj.
 
Ocknąłem się po dziewiątej. Chciało mi się pić.
Ależ ta Jagna musiała się pode mną wić!
Ogarnąłem się i ruszyłem do staruszki.
Nie myślałem jak wielkie otrzymam nauczki…
Zaniepokoił mnie brak świni w izbie zwierząt.
Czyżby jak ja tej nocy uprawiała nierząd?
Z mych ust rozległ się dźwięk w formie krzyku wielkiego.
Mym oczom ukazał się obraz jak z Dantego.
Cytując klasyka: To było łoże w kolorze czerwonym
(a pościel płakała zakrwawiona).
Stara baba życia została pozbawiona.
Knur mamlał w pysku to, co z jej kończyn zostało,
A na mój widok zwierzę groźnie zachrumkało.
Knur rzucił się w mą stronę wciąż krwi ludzkiej głodny.
Będąc w szoku by ruszyć się nie byłem zdolny,
Acz w ostatniej chwili wybiegłem w stronę domu.
Wpierw chciałem uciec i nie mówić nic nikomu.
Postanowiłem lecz wziąć sprawy w ręce swoje.
Mój wujek trzymał w gabinecie różne bronie.
Jak się okazało nie wywiozła ich ciotka.
W oczy rzuciła mi się stara dubeltówka.
Równie szybko znalazłem w podłodze naboje
I ruszyłem przeciwko knurowi na wojnę.
Wciąż był w izbie tuż obok babcinego łóżka,
A z pyska spływała mu niejedna krwi strużka.
Wycelowałem więc w łeb różowo-czerwony.
Huknęło i rozbryznął się na wszystkie strony.
Jak się okazało, niestety, acz chybiłem.
Będąc wciąż pijany, w głowę babci trafiłem.
Knur przestraszył się hałasu i próbował zwiać.
Ledwo co trafiłem go następnym strzałem w zad.
Cała wieś pierwszy wystrzał musiała usłyszeć,
Bo gromady ludzi zdążyły z domów wybiec.
Usiadłem na ganku i ukryłem twarz w dłoniach.
Ciepły dym z lufy opływał po moich skroniach.
Tak mnie zastał sołtys oraz reszta wieśniaków.
Po oględzinach usłyszałem brzdęk kajdanków.
Nikt nie wierzył, że świnia z dupą odstrzeloną
Zeżarła żywcem nieszczęsną babinę chorą.
Umieszczono mnie w zakładzie dla obłąkanych,
Gdzie czekałem na wyniki procesów karnych.
Zarzut morderstwa z okrucieństwem usłyszałem
Podobno też gwałtu na Jagnie dokonałem!
Szczęście w nieszczęściu zostałem uniewinniony,
Lecz za zaniedbania zostałem oćwiczony.
W gabinecie wuja znalazł się pejcz skórzany.
W piątek przed kościołem zostałem rozebrany.
Sołtys osobiście wymierzył mi sto batów,
Choć nie tak ciężkich jak dostałbym od katów.
 
Nigdy więcej nie wybrałem się już w te góry.
Szkoda było Anielki, babci i mej skóry,
A wszystko zaczęło się od słynnego barszczu,
Który przywita nas o wiosennym poranku…



https://truml.com


print