Belamonte

Belamonte, 17 february 2013

Julia (dwa puzle)

- Słabość, żałość, czułość - Czy to miłość?

Nikt tak nie mówi, na białe karty księgi nie wylewa łez
Słowa mają znaczenie praktyczne i mgliste
A symbole powszechne i nieosobiste
Nie widziałem od dawna słów spowiedzi, westchnień
Próśb o niewiarygodne zrządzenie bogini Wenus
Ludzie nie majaczą, nie puszczają soków wbrew sobie
Nie bezosobowią się przepychem snów, rojeń wyciekłych z oczu
Bezwolnych
Takiej dezindywidualizacji nie ma
Takiego odkrywania głębi, takiej zatraty w życiu

Nikt nie upija się nawet by prosić o miłość
Bo wszyscy szukają jej w samochodach i willach
Istnieje tylko to co ma praktyczne znaczenie
Seks dla bezdusznych wiedźm to czasami jeszcze zatracenie
Lecz powszechne i powszednie i gdzie szukać miejsca dla siebie

W śmierci sennej, w rzece, w lęku o smaku wina, rozkładu
W przetapianiu się na miecze tnące powietrze
I stopnie schodów wałęsające się odśrodkowo wzwyż
Nie wiadomo po co, nie wiadomo gdzie
Nie wiadomo z kim, nie wiadomo kiedy
Nie wiadomo kto z kim 

Jutrzejsze spełnienia, sztywne uniformy
Cienie słów odkrytych w pieczarach zagubienia
Dla świętych krów?

Lepiej zagnieździć się w obrazie muszli na dnie morza
Tam odpocząć od tych, które są wulgarne
Tam pozwolić na powstawanie delikatnych kształtów
Tam stawać się sobą lub przyjmować gości
Rybki, piasek, listowie, szum
I gościa nad gościami
Na dnie wciąż śpiących

Może ta przypadkowa kobieta to maska mojej śmierci
Jej ciało daje spokój
Zdolność głaskania po twarzy, ramionach i dłoniach  
Służę im za wcielenie a oni dostarczają mi ubrań
Kto pragnie? Dusze czy my? Oni czy my?

Jesteśmy wyodrębnieni
Jesteśmy chorzy
Jesteśmy mostem
Zamieszkajmy  w strumieniu
Ktoś nieźle dobrał Te dwa Ożywione puzle

- Prawda że ładnie ze sobą wyglądamy w lustrze?


number of comments: 1 | rating: 0/4 | detail |


Belamonte

Belamonte, 9 february 2013

Burza

zbiera się od lat
dawno przeszła
oddychała śmiercią i malutkimi pyłkami
zwierząt biegiem
prężącym się dzieckiem
wirem skał i powietrza

dziś smukliła grzbiet kota, ciśnienie na wyżynach podniosła
zgubiła pantofelek
odtąd pająki szukają księżniczki w podróży doślubnej

jutro się zagęści w szklance osad, będzie purpurowa suknia nieba
potopiła narody w soplu lodu
kłębi się kolorytem uczuć
Wielka Rodzina

wyruszyli pielgrzymi nicości do gwiazd
w oczach Ziemi odbitych w moich
cały sen zszedł na Nową Ziemię ukształtowaną Bożą Ręką
unicestwiony na tarasie wygłasza proroctwo męki mrówek
konających w zawieszeniu

pomiędzy promieniami a ciekawością okrutnej dziewczynki i jej wiernego psa
a mną a rzeką a winem a latem a Bogiem, jej dziadkiem...
przez balustrady wychylenie w mrok Grobowca Lovecrafta
gdzie wijące się macki żywych trupów głaszczą plecy
zimny śluz

przebiegają wyładowania po chmurach, po rześkich lasach
dziś zawsze jutro wielkie OKO i jego sny spływające na Ziemię
kiedy ja śnię i snom każą się materializować wole niczyje
bożych krówek węży niepokój powietrzny
ziemi utrata w przesileniu burzy
ponowne osiadanie poziomów, powrót na najniższe orbity
bazy i przyczółki silnych mężczyzn i kobiet utrzymane
wyłonił się zmierzch nad jeziorem

szczupak płynie martwy, rzeka przeniknięta wolą światła
zabiłem go błyskiem który chciał pożreć jego mózg
który stworzył mój mózg
wpadła mu śmierć którą chciał pożreć do gardła
ja byłem jej posłańcem a ptaki ogłaszały zwycięstwo
wiecznego powrotu życia
taki Los stało się chwila

Dagmara pięknie zatańczyła na 35 leciu w Gminnym Ośrodku Kultury
wróciło wszystko do normy w tych tańcach niespokojnych duchów po burzy
do wieloocznej ferii barw w spokoju dnia

...i tak te odbicia w genie, ten zapis świata
wpływa w rozwarte kobiece uda
jak ciąży nie przerwią może odnajdzie się
Czysta Rozkosz w tym wszystkim
w dziesiątym pokoleniu Buddów

przypomnienie chwili -
dwuletnia Maja łapie wijącego się węża z drewna
ukręca mu głowę i rzuca na podłogę
bez chwili zastanowienia


number of comments: 6 | rating: 0/5 | detail |


Belamonte

Belamonte, 1 february 2013

Oddech ostatni

Dużo ważnych egzaminów życia nie zaliczyłaś. A gdy od początku idzie źle nie można spokojnie żeglować dalej. Powinno być inaczej. Taki obiekt zaczyna sobie to z czasem uświadamiać, przypominać, żałować, rozumieć - czuje się słodko i źle, a świat czeka - w czasie i istnieniu nic się nie zmieniło. Nadal masz przed sobą szczyty gór, za górami krainę szczęśliwą Sindbadzie...

To z jednej strony dobrze, że zostają nam jeszcze spóźnione inicjacje i wiara w Dojście Do Siebie. Uparte choróbska i pokonywania lekarzy - pseudobogów przesilają się wciąż na drodze ozdrowieńca odrabiającego zaległości życia. Droga - nasza nisza w świecie - na której są właściwe jej zadania do rozwiązania...

Nie lubię tanich egzaltacji, jestem robolem zwykłym, moge sie napić wódy, pożartować o babach, moge się zakochać i przekonać o fałszu, a potem znowu iść do przodu, aż się okręt zatrzyma, płatki śniegu zaczną opadać, spokojnie, spokojnie, uspokajać się będzie umysł skrawka terenu ziemi, przyciskać trawy do granitowych płyt, ból odchodzić z ostatnim najwolniejszym oddechem Nagrody, wreszcie w naturalnym stanie - Na granicy - wśród odzyskanych snów zmieszanych z robactwem Ziemi...

Uwolnienie okrętu, za przykładem spadających płatków, za przykładem toczących się idealnych kół po zboczach równin, gdzie między  kośćmi zwierząt hula wiatr, gdzie w szczeliny ziemi wsiąkają igły promieni...

Za przykładem rozpędzonych, rozproszonych, niknących w oddali Napisów...

Myślenie obrazami spoza jaskini, wieczny odpoczynek, bycie w materii, stanie się ptakiem, wodospadem, spokojem pustkowi, bezbolesną ciszą zmierzającą do zapłodnienia i rozwiązania...

Wydychając...
Spadając...
Czekając...


number of comments: 3 | rating: 0/7 | detail |


Belamonte

Belamonte, 12 december 2012

Znalezisko

tańczących odnajduję
odnajduję twarz Boga, którego nie widziałem
szukam szczęścia, którego nie zaznałem
ale wiem, że czeka

mogę skończyć modele lotu ptaków
maski umierających, krzyki rodzących, ruchy tańczących
wziąść odłożone na później składniki życiorysu
i zająć czymś ręce oraz serce
a nawet trzodę dziewic i piratów
pędzących na koniach w aury wulkanów
wybuchy gwiazd sprzed lat
narodziny pieszczot

dokończyć starego dzieła chłopca
co idzie wieczorem do salonu gier
lub słyszy gołębie i biegnie do parku
a wieczorem wraca pilnie się uczyć
i ogląda starą pajęczynę

pociągi kuszą w koleiny nowe
które są tajemniczym rozwinięciem
od lat  teraz zawsze
pościg Wanów na zboczach Boliwii
listopad, krople deszczu na szybie
lina wyrwana z ręki przez wiatr
nuda zdarzeń i zdarzenie nudy
a nawet potworności, że nie wspomnę o radości
lot do Paryża by załapać niepotrzebnie
niepotrzebny oddech wielkiego świata
odbitego w oczach wspólnoty
połączonej rozrzutem wiary
w spotkaniu na dachu świata

przekwitło-dojrzewa w obliczu księżyca
uciekło-stało się mną
czeka w rdzeniu
języków przekleństw dzieci żeber kobiet snów
w oddechach
które się odwiedzają poprzez mgławice i czasy
sny i ciała
pustkę i pełnię
tutaj i za granicą

czas odnaleziony


number of comments: 1 | rating: 0/5 | detail |


Belamonte

Belamonte, 8 december 2012

Ballada o kapciu

Jestem starym kapciem
O rozlazłych szwach
Co po polach biegał
I se fruwał w las

U zbiegu rzek i brzegu spojrzenia
Był najodważniejszym
Dzieckiem wszechpromienia

Pana nosił w sobie i na łóżku kładł
Sam posłusznie legnąc na podłodze
Czasu szmat

Nie zazdrościł samicom ani wielkim ulicom
Wieżą ciśnień i pluszowym misiem trochę chciał być
Oraz Bogiem
Lubiał pot i kurz i wilgotny stan
Z czasem się pojawiających plam

Nie bał się człowieka i z nim raźno szedł
Na spotkanie tęcz i gór i rzek
Bo w swej wyobraźni duszę w sobie miał
Najuczciwszą duszę jaką widział świat

Wyścielone marzeniami puste wnętrze kapcia
Niesie jego pana
Taka z chmurami, źdźbłem trawy i wiatrem Rozmowa
Przytulanka do dusz i pluszowych misiów

Skąd brał nadmiar życia tego nie wie nikt
Z jakiej rany na odwrocie dni
Rozszczelniły mu się szwy Przyszły ciężkie dni
Pana swego zwiódł na fałszywy próg

Ludzkie pot i łzy
Siostry bliskie Ci
Upodobniasz się
Tracisz zdrowy sen

Pan mię zostawił na brzegu morza
Rozgadał się kapeć Uciekinier Z Fabryki
Duszo mojej duszy
Za jakiś czas będę się napełniał deszczówką

Jedna perła na sto równowag
Jedna wieża ciśnień na sto wampirów z Pizy
Jeden nadmiar na sto wylanych dzbanów -
To Harmonia osiągana przez serce Zbawiciela

Nie zakupię i nie założę kapci nowych dwu
Poczekam...

Jestem Który Był
Jestem Który Będzie

Wyścielone marzeniami puste wnętrze kapcia
Niesie jego pana
Znów...


number of comments: 2 | rating: 0/6 | detail |


Belamonte

Belamonte, 6 december 2012

Piramida (wzrok)

Piramida Ciał Z Okiem
od podstaw mosty buduje iskra w ciałach
dąży do spotkania z samym sobą
ojcem
ciał piramida
porozumienie
drabina
rozbłysk na szczycie
spotkanie ogarnięcie wyjście w przestrzeń
wyższa forma świadomości
poziom najwyższy płonie
wnika we wnętrzności i wnika w zwierciadła
promieni zespolone na szczytach

Poruzumienie Upadających Wież

czyste oko widzi obrazy, rysuje formy
ruchem obrazów steruje jednak
pozaobrazowa pozasłowna tkanka sensu -
dusza zrodzona przez kosmos -
określi wyjście w te formy i taniec form w lustrze

mieszka w uczuciach reakcjach
porzucone skóry wężowe zgliszcza słowa
wciąż żywe
pierwsza była zanurzona w świecie
ostatnia w sobie i w świecie
ostatnia posługuje się świadomą myślą
ostatnia rozmawia z kim chce i jak chce
i wnikać chce w co tylko chce
nawet w siebie
by poznać siebie we wszystkim
by spotkać siebie w odbiciach

w piramidzie ciał zalążek myśli niemy
pnie się do rodzica, do Oka Na Jej Szczycie
co zanurza się w niebieskim welonie
nieruchoma przez wieki, budzona orgazmem wizja
wszystko się poukładało warstwami pokoleń
komórek wzbudzonych do czasu oświecenia
nie wykraczających a potem tak w oku połączonych

Czy to Oko Na Piramidzie podłącza się jeszcze do czegoś?

ciało ma historię, przebudził się układ nerwowy
reszta śni dawne sny z poza niego
sięga coś starszego wiekiem i znaczeniem, biernego
w to coś, w związku z tym zrodzony system ciała
wykracza dniem w ucieczce ciała
powraca nocą w aktywnej wegetacji do domu ciała

Uroboros


number of comments: 0 | rating: 0/2 | detail |


Belamonte

Belamonte, 20 november 2012

No chodź

masz męża, masz dzieci, już druga
... no chodź
muszę iść do pracy, już późno, bądź dobra
... no chodź
już zmieniony opatrunek, trzeba spać
... no chodź
zobaczą nas, to nie ma sensu, jesteśmy inni
nie lubię cię, jesteś za stary, nie znasz życia
... no chodź, twoje ręce leczą, przyłóż je
jesteś cudotwórcą


number of comments: 2 | rating: 0/4 | detail |


Belamonte

Belamonte, 19 november 2012

Oda do lgnięcia

oddam boską cześć lgnięciu
dopłynę do niego, obejrzę się z jego pokładów w rejsie
w okręgach się zbliżę, niech zwali i skusi i będzie żaglem
w który dmuchać będę i prostować i giąć się
dobijać do bram przewrócony na wskroś, na wyrost, na wspak
doczołgany, doprowadzony, przypchany, przyciągnięty
rozkochany w zagięciach boskiej tkaniny
szwach ubrań, przerwach, łączeniach, uskokach
w nieskrępowanej grze cieni

śmiertelnie życiowo

rozpłynąć się w tych nicościach w których mieszka Bóg
rozlać malinowym sokiem
w szczeliny ognia, w szczeliny samego siebie, szczeliny światła
gdzie mieszka wstyd i tęcza
gdzie wraz ze zmianą kształtów pojawia się tysiąc i jeden dusz

do przyjaciół podążyć dalekich
do głowy ptaków
do chropawej skóry drzew i samic
do doskonałego dnia pełnej świadomości
do czasu, czasów i połowy czasu

w głębie szatana, rozniecić żar


number of comments: 0 | rating: 0/1 | detail |


Belamonte

Belamonte, 18 november 2012

Schizma

Nie ma dla mnie czasu, nie ma czaru, tylko obszar głodu, tylko łóżko przyjaciel nocnych tortur (świadomości oddalenia)
Jako Pająk Głodu od środka chcę budować galaktykę więzi, Oni czekają, są we mnie
, wspaniali wrogowie i przyjaciele z czasów gdy wierzyło się w szczęście - zaparkowałem amfibię na lęku lustrzanym - przecież pustką oddycham, niewiarą w szczęście wpajaną -
Nie znam ich
, nie znam sposobów na życie, jestem martwy, tak chce Biblia
, po ulicach można spotkać włóczące się, dość płodne tutaj, prawicowe niazaspokojone rozkręcone bestie - w ich pokojach męczyć się będziesz jak z duchami piekieł - a szedłem na łąkę, lekkim krokiem od środka, zachęcałem blond włosy i psiaka ze zdjęcia byśmy poszukali świerzych zapachów - a to się zmieniło - ześlizgnęło -
Podejmuję próbę, oby nie torturować obecności co już są - może tym razem zjawią się niezaprzeczalnie zapisani, niezaprzeczalnie wybrzmią, nie wmówią mi grzechu moje chore myśli, nie cofnie się ślimak, łania znajdzie drogę do nieba, otoczą mnie moje ręce, głowy
, oczy, lustra, dendryty z mózgu rozrosną się na niebie, wyjdę z siebie
, ptakiem, statkiem, żeglugą, będę zasypiał obok niej i budził się przy niej
, nieudane dni się pojawią, tragedie, żal, życie i pełnia, nowy lęk, łóżko będzie przyjacielem nocnych rozkoszy (niemożliwości)
, otworzę drzwi na słońce i ujrzę cały wachlarz ludzi, bestii i gadów
, co w mojej sieci będą przebierani jak gruszki ulęgałki w obecności prawdziwej, w ideale szczęścia
, żywego uwikłania całym sobą
, więcej lgnięcia niż wstrętu
i siły, okrutnej dobrej siły...


number of comments: 0 | rating: 0/1 | detail |


Belamonte

Belamonte, 9 october 2012

Angela Braun

Dziewczyna Hitlera, albo o ...
                O ciele i duszy, życiu, pogańskich przejawach złudzeń

Angela Braun myje usta w kremie
pisze listy w języku Suahili
dzikie plemiona sprzedają jej ziarna, sperme
i żebra ze zwłok gigantów

Angela Braun fruwa, je, targana za włosy
krzyczy, biega po lesie, spływa na kawałku kory
dymi z rumowiska skał
wyłania się z mrowiska
krąży po ziemi w pociągach
zamiata wiatrem jak warkoczami
Jako deszcz widziała nasiona w ziemi
ziarna w kłosie, pchły w sierści i krew
na trotuarze, a jako promień słońca...

zgniotła ją ręka pary i grawitacja słońca
pustynia ją ogłuszyła, a trawa oślepiła
mrok ją porzucił, ubrania ją zjadły
porasta blizną na małym skrawku nieba

na rzęsach osiada i drży rosa
w blasku świecy gaśnie powoli wzrok umierającego,
twarz, zawrotne drgania gałek ocznych
zastygają w bezruchu
ślad życia odszedł, pozostało tylko
odbicie świecy w źrenicy
jezioro tonie w zmierzchu
łany zbóż falują
pochylane w swej żółci ku ziemi
jakby szeptały sen złoty rzeki o zasypianiu, wietrze
zapominaniu
                        
                             Żywa dziewczyna poprzetykana śmiercią

Żywa dziewczyna żegluje w łodzi swych kości
dziewczyna robot, anioł maszyna
dziewczyna z drewna, Ewa Braun
jest jej obojętna ludów męka
jęcząca utracjuszka Hitlera, kochanica mordercy -
pisze to martwy, powierzchownie żywy
od czasu do czasu wybuchający trup
zostający trupem nadal po tych atakach
zabójczej czułości
Nawet Hitler ma prawo do swojej namiętności
Anioł z gówna, Anioł z drewna, Anioł
zbierający pieniądze, Anioł kupiec
                            
                             Zagadka życia

Uda rozchylone i wysunięte z tyłu
poza oparcie krzesła, kobiece uda
jej sierść, jej czepek na włosy, jej siateczka
na wzgórek łona, mokra
nasączona
tamujesz krew tamponie, kobieta puszcza
sok jak pękające winogrono
łabędź spija ją, sperma na ustach
pierś falująca

Traktuj mnie jakbym była workiem!
Tak. Tak.

odbyt, otchłań --
zagladam w cienie nocy, gdzieś tam
gdzie zagubił się wilk syty i owca cała
gdzie zagubił się znaczek pocztowy i
stężały pączek róży

łój z głowy, naślinia włosy, wilgotny
tampon, gąbka jej sromu
dziurki peruk, obrączki, pierścienie
nanizane na nitki włosów, lub otoczone
przez rureczki włosów
( martwa przestrzeń pocięta przez budulec
włosów pozostaje sama dla siebie
nieskończonością komplikacji i podziałów
możliwości,
jest też medium dla włosów, z którego
materia włosów wybiera dla siebie formę,
w której to przestrzeni może tworzyć formę,
gdyż tylko w przestrzeni jest ona możliwa )
włosy martwe, włosy rosnące w dół
do mózgu, do środka, włosy hipotetyczne,
potencjalne, asymetryczne, odwrócone skóry
wilkołaków
stare odwrotne puste strony przestrzeni
włosy cienie, odbicie włosów
interpolacja na zewnątrz, czy do wewnątrz
wypchane zwierzęta, świecidełka,
eksponaty, pierścionki na palcach
 - zabrakło życia w jelicie, tam już
nie ma kału,
tylko zabobonny bród

                                     Symulacja trupa, czyli marzenia o życiu

Oddaliłem się od ciebie już daleko,
za siódmą górą za siódmą rzeką
ty stawiasz kroki w bruzdy ziemi, ja
twoje stopy zapominam
ty zbierasz pieniądze na ziemi ( złote
świecidełka? )
A ja na stronach w poczuciu zapomnienia
o realiach życia, w niegodnej nadziei,
chełpliwej, w niepewności,
w chaosie słów
zajmuje się wyławianiem bransoletek
z przełęczy, pieczary odbytu - niebytu
Ratuje się pisząc wiersze
których nie rozumiem, w pustce
symulując bicie w dzwony
w nieznanych kaplicach, na nieznanych
ulicach, w nieobecnych łzach,
w nieogranych rolach
pod ogromnymi sklepieniami niebios
wszystkich planet

ciała barwnych krzyków

Żeby tak się przebudzić do jeszcze jednej
gry o słowa ( nie mam siły odkrywcy )
Więc gdzie ja się pcham, powinienem
budować babki w piasku, rzeźbić,
głaskać i kształtować piach ( marny Pan Bóg )
Niepotrzebnie się oderwałem od tej czynności

                            Bród i ubóstwo ( wyrażania uczuć przeżyć )
                            lądujące od czasu do czasu
                            w seksie i kolorach, he he

oczyścić się, przylgnąć całą powierzchnią ciała
do jej piersi, oczu i zakazanych miejsc
otworzyć flakoniki z pachnidłami
przeczytać dla rozrywki kronike wypadków w gazecie
do porannej kawy
zerwać pieczęcie przesyłek pocztowych
wynieść graty, przeglądać w gazetach
codzienne lokalne rewelacje
położyć się na śniegu, marmurze
chłonąć bez dreszczy i obaw duszny deszcz sierpniowy
w lekkim stroju Adama
nie pamiętając o dziurach, palach,
topielcach, rozpadlinach, minach
przelać krew, wygrzać się na słońcu, żyć
dla niej, tylko dla niej
Kurwa, zespolić się i rozkołysać,
popłynąć w łodzi mych kości,
w mym zdenerwowaniu, w orgaźmie,
w rozdygotaniu, rozkoszy, w kroku
W objęciu nogami mocno, mocno
lampy i szyn tramwajowych, pala, jej talii
( nie wiem, ta chęć obejmowania nogami
to troche homo )
w ruchach, na niej, w niej

Chuj, Gówno, Samotność

słońce oświetla krzewy i bratki tak
że żółkną, stając się
nierzeczywiste, widoki ciał na drugim
brzegu,
skwar znaczą przebudzenie, to mnie
porywa
w rozkład, rozpad, ciszę, seks, miłość
gnać, biec, ja widzę, że świat nadal tu jest
przemyka za oknami pociągu zlewajac się
w bezkształtną miazgę
czekam na znak
mogła byś mnie uczyć jakich chcesz
przyjemności
wynikających z jedzenia, czy wydawania pieniędzy
bo co ty właściwie lubisz, mnie to obojętne,
czy to się świeci, czy to żyje
czy jestem kibicem Rakowa i mam
zapierdolić kibiców Lecha:
- Słuchaj daj złotówke - nie masz - lepiej daj
- sprawdze a jak znajde u ciebie forse
to jest cała moja- słyszysz huju itd. , przypierdalać się
mam po pijanemu do ludzi? Tego chcesz?

Nie odrywajcie mnie od babek piaskowych! he he!

genialny malarz wziął  kubeł farb i
wylewa je po kolei na płótno, żółte słońce
pręgi na skórze
daj wyrysuję ci tatuaż, smoki, fontanny,
pociągi, kwiaty, które pamiętam
wściekłe chlapnięcie
daj wyleję na ciebie wiadro pomyj,
uruchomie kolorowe reflektory

                                Fascynacja ciałem

chłostane nędzarki, agonalne ciała żebraków,
pożywiające się w stołówkach, powoli, bezsensownie,
śmierdzące
porzucone, znieważone, wystawione na
sprzedaż, kawałki mięsa, zdeprawowane,
zniszczone, rozbestwione, czekające
na wejście w nie
zaniedbane, wykorzystane, bezwolne, bezwładne
kochane, żałosne, pięknie chore

                       Alkohol czyli zagadka tożsamości

skóra głowy poprzetykana gładko spiętymi
czarnymi włosami, ich rozkwitem,  ich życiem
w jej życiu, jej zrywem w jej apatii,
jej krwią pełną piwa, która ją niesie ponad nią samą,
przenosi ponad zagrodami dla bydła, wygnańców,
zesłańców, grzeszników
w szum sal, w objęcia
z dala od matki, teraz już wroga
kobieta dojrzała jak napęczniała śliwka,
stara pomarszczona jak zasuszona śliwka
z dala od barier i zakazów, z dala od
mostów i kładek ponad przepaściami
nad największymi górskimi szczytami
w otchłani,
cała w jednym zrywie, mówiąca jednym
głosem, zjednoczona, przemieniona,
wyzwolona
pocisk namiętności,
z dala od siebie sprzed paru godzin
bo to nie ona, to jest ponad nią,
jest ponad własnym wahaniem i wrażliwością
ponad mieliznami, nie poddająca się ocenie

                            Polot czyli , nie o rozum przecież chodzi ( o mnie )

z dala od bioder i sutek, od tańca i muzyki,
od przyjaźni i objęć, od pocałunków i zmierzchów,
od dziewiczych lasów i dziewcząt
z dala od zagród i falochronów
i magmy i soczystości i kości
operując nadgarstkiem w szczękościsku by
uprzejmie namalować dla mnie kościół
z bransoletką na ręce i kości i śmieci,
śmietnik pełen ludzkiego ścierwa, obozy
koncentracyjne i komore spalania silnika
rakietowego i psa połykającego żwir i
wiadro z wodą i wodza zwierzcej armii
odbytnice, ha ha, ośmiornice
odwrotne puste strony, zapuszczone motory
ciężarówek, benzyna wycieka z nich do rzeki
lśni w słońcu zawiesina kolorów
odjazd karawany po złoto, do Afryki
przez morze, przez wodospady, kręte uliczki

korodują fale, świecą odpryski

                             Wszechobecność, duch

wmalowała mnie w kilimy i makaty ze złota
gdzieś w orientalnym miasteczku
na ścianach przędza jedwabnika, z której
wykluwa się obrazami, więzi się w nich
na starym kominie zacieki stworzyły jej obraz
i chmury płynące łagodnie na wietrze
i cętkowana skóra węża, pantery i pióra
wszystkich egzotycznych ptaków

                        Natura samiec

ziarnka pustyni, sekunda po sekundzie
miliony ociekających łez, całe wodospady
wielotonowe bloki powietrza i pyłu spojrzeń
i szmery snieżnych płatków, igiełki nocy
zawładnęły jej snem,
odebrały jej tlen, miłosny życia tren,
woalkę panny młodej mrówki skalały odwłokami,
a czułki motyli zagłaskały białka oczu do czerwoności,
pyłek srebrzysty nocnych ciem osiadł na masce twarzy,
odwróconej w jego nocne wołanie
Zaczyna dusić się tym ciężarem zachłannych
rąk i ust wtłaczjących jej oddech
z powrotem do piersi
egoistyczny samiec złożony na jej brzuchu
i piersi śpi
wywierany przez niego nacisk nie pozwala jej
napełnić piersi oststnim haustem powietrza
poruszyć się
kona w miłosnym śmiertelnym uścisku
bezwolna, poddająca się

wmalowała mnie w rozpadający się dom,
płomienie
zapłakane twarze wiosny i niemowląt
ogniom podobne i górom
dymy kadzideł
tropy ściganych jeleni
rozkrzyczana wypłakuje się na moim ramieniu
topi się w rzece, ryby ucinają jej ręce,
światło zabrało jej pół twarzy
a ja opiłem się mszalnym winem
i wypadam w ślad za nią w ramiona fal
dusimy się krzycząc
ubrana w habit zakonnicy chce usidlić rzekę,
oddychać pod wodą, rzuca się do utraty tchu
histerycznie jęcząc, próbując kopulować z wodą
odradzam się, odgradzam w palącym wstydzie
na oczach jęczącej utracjuszki, która próbuje
rozerwać mi serce swoim żądłem

                              Zakończenie ( śmierć )

A Angela Braun na starym gobelinie,
gdzie jelenia dopada polowanie,
gdy pije oststkiem sił wodę ze strumienia,
jest rzęsą tego jelenia, trzciną
przygniecioną jego kopytem,
perlistymi kroplami w jego gardle,
jego krzykiem,
spokojem drzew przyglądających się temu,
ale głównie jest błyskiem słońca w jego oku,
sierści, jego rzęsą.. tak jego nic
nie wiedzącym światem przeznaczonym
na zapomnienie, który nic o tym jeszcze nie wie,
ale rosa i słońce już wiedzą, ale
rosa i słońce są na rzęsie, więc
ten świat ucieka, uciekł, a polowanie przylatuje,
ale jeleń już nic nie czuje, krzyki jeźdźców i
ujadania psów dochodzą z daleka
bawi się piłką, wspina po górach, pływa
razy i ugryzienia psów nie bolą
A teraz nagle to wszystko wraca do
jego świadomości i czucia
Co za chaos, zgiełk... - straszne...,
ale rzęsa nic o tym nie wie,
rzęsa na niebie, odwłok ważki zanurzony
w rzece.


number of comments: 5 | rating: 0/4 | detail |



10 - 30 - 100  




Terms of use | Privacy policy | Contact

Copyright © 2010 truml.com, by using this service you accept terms of use.


contact with us






Report this item

You have to be logged in to use this feature. please register