8 august 2016

Żulusie

Należę to tego gatunku ludzi, po których widać. Wszystko po mnie widać. Nie umiem grać, udawać, robić min. Czesi określają to jednym czasownikiem zwrotnym: tvařit se. Twarzyć się, to właśnie znaczy udawać, robić miny, twarzować się, czyli twarz ułożyć inaczej, niż układa się ona naturalnie w zależności od nastroju i kondycji. Nie umiem tvařit se. Jestem zmęczony, ale do dzisiejszego poranka nie wiedziałem, że aż tak to po mnie widać. Zgarnąłem z Miejskiego Regału Książkowego na placu Wolności kilkanaście całkiem przyzwoitych pozycji. Opłaciło się przyjechać od rana. Ktoś, kto pewnie szedł na siódmą do pracy, zostawił w reklamówce, w Mirku (nazwa od M-R-K Miejski Regał Książkowy) świetne książki. Nie mam siły się nimi cieszyć. Zgięty jak chiński paragraf, albo jak głupi pies co chodnik obwąchuje, z nosem przy ziemi, człapię, żeby usiąść przy Fontannie Wolności. Od rana pierwsze promienie słońca łapie tu Wojtek zwany Panterką, bo w zimie chodzi w wojskowej kurtce. Ale teraz jest lato i Wojtek wygrzewa się bez panterki na deskach przy fontannie. ̶ Cześć, dawno ciebie nie było ̶powiedziałem na przywitanie. Gdzie byłeś? ̶ Musiałem odpokutować osiem miesięcy. ̶ Gdzie? W Bydgoszczy? ̶ Nie, koło Koszalina. ̶ I jak było? Mój kolega siedział w Bydgoszczy i całkiem był zadowolony. ̶ U mnie było do dupy ̶ powiedział Panterka i pokazując swój plecak przeszedł do konkretu: nic nie ma. Żadnych fantów. Uśmiechnąłem się przyjacielsko, ale uśmiech mi się nie udał. Wojtek zapytał: Dobrze się czujesz? Wyglądasz na twarzy gorzej, niż ja po więzieniu. ̶ Zmęczony jestem, powiedziałem. Wojtek, gdyby miał wszystkie zęby, byłby okazem zdrowia. Jest całkiem młody, jak na żula. Zawsze opalony, dokładnie ogolony, zawsze w czystych markowych ciuchach z Ośrodka Pomocy Rodzinie. Przy fontannie wyleguje się, w zależności od pogody: raz do dwunastej, raz do pierwszej. Niekiedy do trzeciej, ale wtedy to już nie wyleguje się, tylko najzwyczajniej śpi nietrzeźwy. Jeśli chcesz z żulem gadać, musisz wcześnie wstać – ułożyłem w głowie sentencję. Od południa żule nie operują; jak mnisi najbardziej aktywni są od rana do południa. Pożegnałem się z Wojtkiem Panterką, życząc mu powodzenia, niech coś dobrego wpadnie do plecaka! Zebrałem się na wysiłek i zrobiłem jeszcze kilka kroków, żeby zobaczyć, czy przez ten czas, coś prawem serii nie przybyło na regale książkowym. Ale regału, siedząc na schodkach pomnika Higiei, pilnował już Marek w zielonym dresie. Markowi ręki nie podaję, zbyt często i zbyt intensywnie leci od niego moczem, ale zawsze stukam się z nim piąstką, jak żółwik z żółwikem. Wojtek Panterka z Markiem dogadali się, nie wchodzą sobie w paradę. Raz jeden pilnuje regału, raz drugi. Obydwu płacę po równo. Marek po żółwiku mówi do mnie: Na razie echo. Chcesz jabłka? Weź sobie. Ktoś przechodził i mi zostawił, a ja zębów nie mam. Marek nie ma zębów na jabłka, ale też słabo słyszy. W wojsku nurkował przy statkach na dużych głębokościach i od tego ma ubytek słuchu, ale da się z nim dogadać. Całe życie mieszka w oficynie przy alei Marcinkowskiego. Jakoś życie szło, do póki nie przyszła gorzała. Teraz tylko ręką machnąć, mówił mi kiedyś jakby wbrew sobie, bo przecież jest uśmiechnięty. Uśmiechnięty jest do południa. Od południa żul nie pracuje, żul odpoczywa. Wziąłem dwa jabłka od Marka i poczłapałem z nosem przy chodniku jak jak pies, by klapnąć na ławce na placu Wolności od strony Biblioteki Raczyńskich. Słońce zaczęło palić, chociaż wcześnie jest. Nawet nie zauważyłem, jak podszedł do mnie Grzechu z podbitym okiem, ten co, co pół roku w Gnieźnie w psychiatryku się kuruje. ̶ Gdzie to limo zarobiłeś?, zapytałem. W pracy – z dumą odpowiedział Grzechu i wyciągnął z kieszonki białej koszuli identyfikator. ̶ Długo już pracujesz? ̶ Trzy tygodnie. ̶ I takie limo? Akcja była? ̶ Grzegorz opowiedział, jak złodzieja w Plazie złapał, który wódkę wynosił itp., itp... Jestem zmęczony, nie mogę pisać... ale opowieści moich żuli słuchać mogę... Uścisnęliśmy się z Grzechem w pośpiechu, bo jak z dumą powiedział, na dziesiątą do p r a c y , do Plazy jedzie. ̶Brawo!, powiedziałem. Ucieszyłem się cudzym sukcesem. Każdy w swoim mieście ma takich żuli, na jakich zasługuje – pomyślałem sobie, jakbym miał prawo do bycia dumnym z tego, że Grzechu ma pracę. Grzecha też poznałem przy Miejskim Regale Książkowym – żywicielu żulerni i mnie. Doczłapałem do przystanku tramwajowego na Fredry. Tam regału książkowego pilnuje Marian, starszawy gość, w fioletowych spodniach z bistoru i wiecznie z torbą z Biedronki w ręku. Torba na łut wygodna. Marian wziął mnie na kraj chodnika, żebyśmy ścieżki rowerowej nie zastawiali, i mówi do mnie: Widziałem ciebie wczoraj w kościółku Przemienienia Pańskiego przy placu Bernardyńskim. Nigdy nie zakładaj nogi na nogę w kościele! Ksiądz Piątkowski mi mówił, żeby nigdy tak nie robić. A to był święty kapłan! Zajrzałem do torby Mariana. Nie było tam nic, co nadawałoby się do kupienia. Marian uśmiechał się – Głowa do góry! ̶ powiedział do mnie. Nie wiedziałem, że aż tak bardzo widać, że jestem zmęczony. Wsiadłem do tramwaju. Każdy w swoim mieście ma takich żuli, na jakich zasługuje – pomyślałem znowu.




Terms of use | Privacy policy | Contact

Copyright © 2010 truml.com, by using this service you accept terms of use.


contact with us






Report this item

You have to be logged in to use this feature. please register