Sorrowhead (ex Cheval)


Moje słuszne poglądy


Czy nie można by trochę uprościć debaty publicznej, w taki sposób, żeby każdy mógł porozmawiać z każdym? Moja była narzeczona jest filozofem, ja jestem tylko biednym bubkiem, ale wiem, co to jest argument z języka prywatnego.

I

Może zacznijmy od tego - dla KK osoba zaczyna się z poczęciem, dla, przyjmijmy to, ATE ze świadomością. Dla KK jest tzw. entelechia, czyli unikalność cech organizmu. Filozoficznie to jest hylemorfizm, a więc dusza jako forma ciała, tj. ciało jako materia a dusza jako forma, możemy to nazwać czymś w rodzaju hermeneutyki a’la arystoteles, bo i na jego podstawie to zostało wykoncypowane. Tak czy inaczej ta właśnie unikalność decyduje o świętości życia, mawia się, że niezależnie od tego, jak sprawne, nie-sprawne, uzdolnione, aktywne - etc. etc. jest to życie - jest ono święte. Natomiast dla ATE świętością jest świadomość, pamięć, wolność wyboru (jakkolwiek ją pojmujemy w kwestiach ontologicznych - czy jako homeostazę, czy jako libertariańską wolną wolę). Mamy więc dwie definicje świętości życia, w jednej i drugiej wydaje się świętą w jakiś sposób tożsamość osobowa, z tym, że wedle KK jest ona obecna już od poczęcia, a wedle ATE pojawia się wraz ze świadomością.

O ile mi wiadomo, KK nie ma jednolitego głosu w kwestii aborcji, czy funkcji ludzkiej seksualności. Pozwolę sobie zrobić krótki przegląd pochodzenia tych czy innych idei. Otóż, jak ja to postrzegam, chrześcijaństwo wywodzi się, historycznie rzecz biorąc, z ruchu monastycznego. Oczywiście najpierw jest Kanon, spisywany przez długie lata, poprawiany, redagowany, badany takimi czy innymi metodami, dyskutowany, etc. etc. Jeśli ktoś jest zainteresowany, może sięgnąć np. po Bartona “Historię Biblii”, jest tam metoda dość pozytywistyczna, rozpisana na style literackie, daty, okoliczności, cele.

Jakkolwiek chcę mówić o ruchu monastycznym, który łączył się z ascezą, tzw. lectio divina, tzw. czynami miłosierdzia, długimi modlitwami, takimi czy innymi uniesieniami - czy pojmiemy je jako funkcje zaburzeń świadomości, immanentystycznie pojętą ekstazę, kolejne z dziwactw starożytnych - mniejsza z tym. Szereg obostrzeń z tym sposobem życia jest powszechnie znany, ponieważ obowiązuje do dziś w KK i prawdopodobnie w wielu innych sektach. Tak czy inaczej celem pierwszych chrześcijan było, mówiąc podniośle, szturmowanie Nieba.

Oczywiście Rzym, oczywiście tzw. Północ, czyli barbaria, Arianie, wizygoci, etc. etc., tutaj ktoś może mnie łatwo zagiąć, jakkolwiek bodajże w 11stym wieku pojawia się tzw. reguła gregoriańska, wprowadzająca elementy reguły monastycznej dla całej metropolii, wówczas, jeśli dobrze pamiętam, pojawia się różaniec, jako przystępna dla każdego forma medytacji podstawowych prawd wiary (tytułem dygresji, osobiście nie rozumiem, po co różaniec, jeśli zna się dobrze Biblię, która pod strzechy trafiła dopiero z rewolucją Lutra a potem Guttenberga). W pewnym momencie pojawia się św. Tomasz i ujmuje “wszystko o wszystkim”, per analogiam Hegel albo Leibniz. Nadal jesteśmy przy regule monastycznej.

Ten przydługi wstęp ma zobrazować coś, co funkcjonuje pod tytułem filozofii świadomości. Być może niektórzy wyczuwają już, do czego zmierzam. Najprościej rzecz ujmując - o zorientowanie egzystencjalne. Formą eksperymentu myślowego jest, czym byłoby chrześcijaństwo, gdyby powstało dzisiaj. Sięgając po kanon, czy tradycję, czy transfer, jakkolwiek to nazwać, moglibyśmy sięgnąć do właściwie do Mezopotamii. Jest to ogromny materiał historyczny i literacki, a na tę chwilę, włącznie z eksplozją kolejnych danych / informacji, począwszy od Renesansu przez Oświecenie po dzień dzisiejszy “po-mo, post po-mo”, to nie mamy żadnego Hegla ani Leibniza.

II

Chodzi więc o kwestię, nazwijmy to, zorientowania egzystencjalnego. Nie wiem, czy chrześcijaństwo jest prawdziwe, czy fałszywe, a jeśli tak, to które jego elementy są prawdziwsze od innych, albo bardziej newralgiczne, może to, jak u Hessego i Wittgensteina, forma istnienia, a istnienie, jak wiemy, jest pojemne. Sam Tischner mówi o tym, że jeśli kogoś KK ogranicza, to dlaczego miał-by z niego nie zrezygnować, w jakiś sposób. Katechizmy oczywiście wydawane są co parę lat i redagowane, jakkolwiek w mojej wersji bodajże z roku 86 stoi, że Ecclesia nie jest ograniczona do kościoła widzialnego. Wedle niektórych Ecclesia to cała ludzkość, wedle innych rzetelni poszukiwacze prawdy, wedle kolejnych wszystkie religie monoteistyczne, wedle jeszcze następnych naczelnie “zimni albo gorący”.

Można uznać to za formę eskapizmu, albo próbować wykazać wydarzenia fundujące Nowoczesność, chociaż sam Blumenberg się w tym gubi, pisząc o metaforze światła, które co do zasady znane było już chyba Neandertalczykom albo i Australopitekom, więc trudno je uznać za ściśle nowożytne. Oczywiście później światło się kojarzyło z Oświeceniem, którego poniekąd również nie da się wymazać z historii, choćby dlatego, że korzystamy dzisiaj z zaawansowanej technologii i każdy mniej więcej wie, kto to był Darwin, a nawet najbardziej zajadły anty-modernista używa sformułowania “freudowskie przejęzyczenie” i korzysta ze zdobyczy wypracowywanych od czasów Renesansu, choćby tzw. hermeneutyki albo archeologii.

III

Być może i jestem eskapistą, więc nie wiem, czy dla mnie to takie ważne, że Terlikowski wypowiedział się w Wysokich Obcasach, albo że jest uznawany za fundamentalistę, i czy w ogóle nim jest. Może to dobre na rzecz jakiegoś dialogu, choć nie jestem pewien, czy to popchnie go do przodu, a jeśli tak, to co z tego wyniknie i dla kogo. Ostatecznie sam nie rozumiem do końca, o co w tym chodzi. O triumf instytucjonalnego Kościoła? O poszerzenie, nazwijmy to, swobód osobistych? O dialog? O prawdę? O zbawienie? O dobrą zabawę? O anatemy? O naprawianie świata? O edukację? O cywilizację? O święty spokój? O ekspresję frustracji? O debatę publiczną? O filozofię? Etc. etc. etc.

Jeśli mnie pytacie, to mam mieszane uczucia co do tego wszystkiego. Sugeruję się sformułowaniem, które znalazłem u Lousia Boyeur’a, którego studiował Czesław Miłosz - Boyeur twierdzi, że “rozdarcie przyjęte w wierze staje się zalążkiem owocowania”. Herbert o Miłoszu powiedział - wszystko się w nim trzęsło, raz chłop, raz baba, raz marksista, raz katolik. Mówię teraz o Miłoszu. Ja mam swoje własne rozdarcie i pozwalam mu wypełniać treść mojej egzystencji. Jeśli ktoś chce, to mogę powiedzieć, że pozuję na siebie, albo szukam czwartej drogi. Dlaczego nazywam to w ten sposób? Bo tak.

A więc, wychodząc z otwartą przyłbicą, oznajmiam moje poglądy:


Aborcja - jeśli dziecko ma cierpieć przez całe życie, to może lepiej, żeby się nie urodziło. Tyle.

Eutanazja - gdyby eutanazja w Polsce była legalna, poddałbym się jej już parę lat temu z własnej woli, oceńcie, czy to dobrze, czy źle.

Etyka seksualna - starałem się przestać być onanistą, a jednak wciąż trafiam na kobiety, które nie wiedzą, czego chcą.

System - dać człowiekowi zaorać pole i mu w tym nie przeszkadzać.

Swobody osobiste - ktoś powiedział, że jest liberałem, bo liberalizm znaczy odpowiedzialność. Ale ja jestem zgorzkniałym zazdrośnikiem w stosunku do takich czy innych, więc mówię - nie można mieć wszystkiego. Po prostu mówię to i tyle, może ironicznie, a może nie, a może i tak, i nie.

Ulubiona utopia - Roger Scruton. Ale oni mieli ciągłość.

Ale mam inny problem, bo prześladuje mnie tzw. bajka Nietzschego. Ingeligentna rasa wymarła, a Wszechświat nawet tego nie zauważył. Tu jest power. Dzięki temu mogę wymigać się od codziennych obowiązków, bo, co by nie mówić, miażdży mnie cały Kosmos.

Życzę miłego dnia.



https://truml.com


drukuj