Arsis


Zniknijmy w bieli


Stańmy obok tego drzewa. Spójrz jak spada na nie milczący krajobraz. Milczące niebo
prószące mżącymi kryształkami lodu. To drzewo jedyne. Samotne.
Gdzieś w polu nieskończonej pustki. I gdzieś w pół drogi, kiedy idę: Ty.

I znowu: Ty.

Te skrzące się drobiny osiadają na twoich rzęsach.
Na moich. Naszych włosach.
Oprószają srebrem skronie.
I dłonie, kiedy wyciągamy je do siebie
w rozterce i trwodze nieubłaganego czasu.

Nie słychać niczego.
Nawet wron,
które zazwyczaj uświadamiają nam swoją obecność.
W dalekich odgłosach grzęznących w gąszczu chropawych, brudnych nawoływań…

Chodźmy.
Pójdźmy.
Gdzieś.

… dokądś...

Gdzie nie spojrzeć, olśniewająca biel.
Tak bardzo
lśniąca,
że aż oślepia. I rani.

I ta biel rozwija przeogromne skrzydła
milczących oceanów. Oceanów westchnień idących skądś, dokądś…

- znikąd i donikąd…

Jakby ze snu wychodziły
czyjeś oddechy,
niknące w oddali.

W jasnej przestrzeni
nieskończonego śniegu padającego miękko.

Coraz więcej
na gałęziach
i dłoniach mrozu.

Na twarzy
mojej i twojej.
Na źrenicach naszych…

Kiedyś
tutaj,
latem…

Lecz teraz nie ma niczego. I chyba nigdy nie było. Bo gdzie spojrzeć, jedynie biel skrzypiąca pod
stopami.

Mżąca w spojrzeniach
zlęknionych pustką.

Wszechpotężną,
bo obojętną.
Wzgardzającą nami.

Otulającą coraz bardziej mrozem.

Nic nie mówimy. I chyba nigdy nic nie mówiliśmy.
Bowiem zamarzły nam w tej obojętności usta.

Szronem
okryte.
Śmiertelnie blade.

I twarde jak kamień. Błyszczące…

Lecz cóż mogłoby z nich ulecieć w przestwór?
Jedynie ciche, zalęknione metafory.

Wytarte jak okładka starej książki. Rzucona w kąt ciemnego pokoju.

Już niczyja.
Pokryta kurzem
i srebrną pajęczyną smutku.

Widzisz? Spójrz.
Jesteśmy samotnie nadzy
w swym jasnowidzeniu. Przejęci chłodem i ciszą.

Co przed nami? Kamienna nicość. Dwa kamienie. Skute lodem lśniące obeliski...

(Włodzimierz Zastawniak, 2026-02-01)

***

https://www.youtube.com/watch?v=sAkJJ79NaOY



https://truml.com


drukuj