Emma B.


moje czasy


Ostatnio kursuję autobusami na drugi koniec miasta, co daje mi okazję do różnego rodzaju kontaktów obywatelskich też intelektualnych. Wsiadam pod Cracowią do 125, a tu wszystkie wolne miejsca poblokowane na babkę kościelną, szybko wyjaśniam niezorientowanym - to takie uparte siadanie na skraju i zmuszanie napływających wiernych do przepychania się. Poćwiczyłam wzrok perswazyjny na jednym z 50 letnich panów i przesunął się łaskawie. Łaska z bliska zapachniała wódecznością i zaowocowała elokwencją - wyrwę z kontentekstu moje "ukochane" w pani czasach i sobie refleksyjnie pokomentuję. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie palnęła - hola, hola co pan ma na myśli, przecież ja jeszcze żyję więc to są moje czasy i oczywiście wyciągnęłam starą teorię, że to on się wpakował w moje czasy, a nie ja w jego bo ja dłużej żyję więc jego czasy jaby się w moich zawierały. Nastąpiła jeszcze krótka wymiana zdań i przy moim przebiegłym wysiłku nie kontynuowania rozmowy pan zamilkł. Wtedy włączyła się nachalna refleksja, że moje, twoje czasy wymagają doprecyzowania chociaż czasem dobrze, że zdają się na domyślność przydawkową, bo wtedy nie brzmi to tak jednoznacznie okrutnie. Bo co dla pani w wieku balzakowskim oznacza, że to nie jej czasy? Czy inteligentnemu czytelnikowi trzeba kawę na ławę. Dyskretnie wyjęłam lusterko z torebki w celu powiedzmy poprawy niesfornych kosmyków pod kapeluszem. Zagadałam w duchu do siebie - tak, prawda to nie są twoje czasy rozrodcze, ale czy należy się tym martwić? To są twoje czasy na inne sprawy, czy mniej wartościowe. Nawiązując do poprzedniej notki - piękne barwne liście jesieni, jak mi jej brakowało w Afryce. Wieczny upał męczy i nudzi. I na ostatek trochę kontrowersyjne - prawdziwe przeżywanie zaczyna się w momencie wywoływania wspomnień.



https://truml.com


print