Dnieje. Kobieta w oknie wygląda
na przedwojenną, jakby ktoś zdrapał jej rysy.
Pozwijane pończochy, bez wątku obnażają kostki.
Po stokroć nie są w stanie poruszyć stóp. Ronionych
okruszków. Pręga po warkoczu — spoina piersi, które całe
są o dzieciach, wyzbywa kształtu. W takt dnia smuga cienia
ssie cię, powłóczy niewymownie. Klękasz. W rzece
plastikowa Maryjka z wgniecioną twarzą,
jakby ktoś próbował zajrzeć do jej środka, odpływa
w kierunku odległego światła. Haczyk wyrywa rybie oko.
Skrzela zdają się falować, jak maki przy torach, kiedy
jeszcze jeździły pociągi.
Jak zwykle - przeczytałam z zainteresowaniem. Przypomniała mi się Anna - czy słusznie?
zgłoś
Próbuję pozwolić Annie odejść, ale widocznie wrosła we mnie na tyle, że wraca, nawet kiedy o niej nie myślę. Może tak już pozostanie? Chociaż chcę wierzyć, że mogę napisać także o kimś innym. :) Dziękuję za ślad, Bosa. Pozdrawiam.
zgłoś
jestem..
zgłoś
Bądź.
zgłoś
To jeden z tych wierszy, które pozostawiają w człowieku ślady.
zgłoś
Dziękuję.
zgłoś