Wszystkie życia Anny, w oparciu o nieistnienie
Gdy patrzy na pudrową ćmę zatopioną w mleku, nie jest pewna
swojej postaci. Niby wróbel opity deszczówką na przydrożnej kapliczce.
Jest to o tyle smutne, że wykracza poza skórę obrazu, jak histeryczne
napisy na ścianie, pod portretem ojca. Drżącą ręką
używa kwiatu cukini zamiast kropidła: przecież nie umrę, wciąż jeszcze
nie jestem kobietą — i trwa w tym tak naturalnie, jak bezwładny pęd
obłoków, których punktem wyjścia stają się półcienie. Czyjś głos,
nieczuły zwitek papieru rzucony w ciemność. Z tego miejsca
widać pole, jej nieobcięte paznokcie u stóp. Z drugiej strony maleńkie
okno odłamane od reszty, jak kieszonkowa wersja nieba. Bóg schowany
w plewach przy wianiu ziarna, z taką mocą, że drobiny pyłu zdają się żywe,
i nie ma nic słoneczniejszego. Mamo.
W głębi zaoranej ziemi pas światła zmienia kolor oczu, wyrównuje
grzbiety fal, uwierzbiony fartuch niby ocean w przypływie. Śmierć
ma kształt fotografii ślubnej, która z takim oddaniem zmienia się
w świątka porzuconego w wysokiej trawie.
pomnik żywych wyrzeczeń zamyślony..
report
Tak?
report
Dość hermetyczny wiersz, ale niewątpliwie nie pozwala czytelnikowi przejść obojętnie. Tajemniczy i pełen smutku (przykrych wspomnień z dzieciństwa). Poezja nietuzinkowa, której trzeba poświęcić sporo czasu, aby dotarła i dotknęła do głębi. Cieszę się, że i tutaj mogę poczytać Twoje wiersze. Pozdrawiam.
report
Dziękuję Bosonoga. Cieszy, że czytasz i zostawiasz ślady. Pozdrawiam.
report
Błogosławiona nieświadoma. Niech tak już zostanie.
report
Peelka pewnie nie zaprotestuje.
report
jest tak zawieszona i bez wieku, że nie ma jeszcze czterdziestki.. może nie będzie..
report
Może. Dziękuję za poczytanie, jeśli tylko.
report