Oddychaj, ja otworzę sobie żyły
oddychaj, poczuj świeżość krwi prosto w płucach
Jestem fakir, gwoździe mi się zużyły
jestem PROROK, lecz nie będę się narzucał.
Straszliwie pusta ta sala, ziemia zdradliwie ucieka mi spod nóg;
ZARAZ OSZALEJĘ, kolejny wers, kolejna zwrotka
uzdrowi zniszczony umysł, który myślałby gdyby tylko mógł
a JA na bezkreśnie ponurej linii nudnych spotkań
Galaktyką pustych słów błogosławię swój lud
Wielbię ciszę, nie oddychasz
SZÓSTA RANO, świat mi się trochę chwieje;
dusza boli mnie jak liszaj;
pijany zwiedzam warszawskie aleje.
A wokół CISZA, a wokół tylko CISZA.
Mogę pisać ptasim gównem po ceglanej ścianie.
mogę pisać ale już nie mam powodu.
Może pójdę do teatru? Trochę się odchamię.
napiję się wódki tak słodkiej od miodu.
Serce bije coraz ciszej, Praga milknie.
Idę samotny, rozchełstany, obojętny jak neutron.
Przechodnie patrzą jakoś tak na mnie WILKIEM;
może pójdę wreszcie do domu, a wrócę tu później/ jutro?
cisza wilkiem powiadasz, myśl godna zgłębienia, że aż utopienia; podoba się "galaktyką pustych słów błogosławię swój lud"
report
a ja bym ci podala piorko
report
musisz pisać.
report
Zazwyczaj daję sobie spokój, kiedy zobaczę w tekście kawałki w rodzaju: "Oddychaj, ja otworzę sobie żyły", bo wielkie i ostateczne słowa w poezji wydają mi się jałowe. Ale tutaj jakoś cudem przebrnęłam i dlatego mogę powiedzieć, że za to wyciszona już rozpaczliwość trzech ostatnich części brzmi przekonująco, z przejmującym sensem. Dobrego.
report