otworzyłeś drzwi pytając
kim jestem skąd przyszłam
może tylko zwiewnym obłokiem
ptakiem przelotnym w podróży
lub ulicą której gwar rósł wesoło
w ciszy domu
opuściłeś próg samotności
prowadząc mnie schodami
w górę na prawo
gdzie nikłe pastele czekały
malarza pejzażów
mgły siedziały cichutko
przy rosach i trawach
słoneczniki spały ziewał poranek
pies za domem szczekał leniwie
na czas
malowałam niebem ptaki przelotne
i ogrody różane
w oknach kwitły malwy
budziły się słoneczniki z mgieł
schody coraz częściej skrzypiały
gwarem ulic
tylko pokój na lewo
wciąż był zamknięty
powiesiłeś klucz wyżej pejzażu
nie umiem namalować drabiny
więc gasną róże ze świtem i słoneczniki
w kominku stygną iskry na listach
a ty przesyłasz pocałunek
zimniejszy od śmierci
Trudno o piękniejszy opis przygody i choć malowidło kończy się czarnym zygzakiem smutku, to podkreśla on jeszcze cudownie poetyckie barwy całości. Dobry wiersz, jak okruch światła wśród szarości dni. Pozdrawiam :)
report
Pięknie dziękuję. Wolałabym dopisać inne zakończenie, ale On wciąż miesza farby, chowa pędzle. Jakby bał się, że malując drabinę (w końcu mi się uda), odkryję tajemnicę pokoju... Pozdrawiam :)
report
Jestem bardzo na tak. Nie znam się na ocenach, ale przeczytałem z wypiekami. Pozdrawiam
report
POdoba mi się Margot, ten wiersz
report
bardzo sugestywny obraz-wiersz z zimnym draniem jako pointą:) Wow:)
report