Do szkoły wróciłem po dwóch tygodniach nieobecności od czasu, gdy przypomniałem sobie śmierć mamy. Nie było mi lekko nadrobić tylu zaległości. Pocieszył mnie jednak fakt, że pogoda nie była taka zła i nadal mogłem przesiadywać na plaży z kartką papieru i rysować zachody słońca. Dziwnie mnie uspokajały te zjawiska przyrodnicze, które zachodziły nad morską tonią.
W budzie spotkałem kilku muzyków. Chłopacy grali na gitarach, śpiewali i posiadali bębniarza, ale brak im było basisty. Zgodziłem się bez żadnego namysłu. Nie mam teraz czego żałować, gdyż gramy do dzisiaj. Zaczynając jednak od początku należy powiedzieć, a raczej napisać, że nie było kolorowo. Pierwsze próby i od razu pierwsze zgrzyty. Różnice charakterów, chęć grania czego innego, jednak poszliśmy na kompromis. Nazwaliśmy swój zespół Dead Alice i tworzyliśmy progresywny alternatyw muzyczny. Nasze piosenki opierały się na kilku skalach, miały złożone przejścia i mocne teksty. Od początku wiedzieliśmy, że jesteśmy stworzeni do życia scenicznego. Paradoks sam w sobie, albowiem jak wspominałem prędzej do najbardziej otwartych osób nie należałem.
Swój pierwszy występ mieliśmy na balu maturalnym, który odbył się 26 stycznia. Tłum szalał, a w nas wstąpiły jak gdyby nowe osobowości. Potrafiliśmy się bawić tym, co robiliśmy i przynosiło nam to nie lada satysfakcję. Nasz repertuar był ciągle poszerzany o nowe numery i przysposobiliśmy sobie niezłą grupę fanów. Były także groupies, ale jak zawsze byłem stronniczy i nie leciały aż tak bardzo na mnie, jak na gitarzystów i wokalistę.
Nie podeszliśmy nawet do matury. Podpisaliśmy kontrakt z, wtedy jeszcze dość mało znaną wytwórnią, Roadrun Records. Po pierwszych nagraniach nasza płyta ukazała się w sklepach w nakładzie tylko 1000 egzemplarzy, jednak dla nas był to niesamowity sukces. Odszedłem całkowicie od życia rodzinnego. Nie wiem czy to dobrze czy źle, jednak bytowanie na własną rękę i kieszeń sprawiało mi niezwykłą frajdę. Niedługo po tym przyszły także pierwsze problemy. Wraz z chłopakami stwierdziliśmy w trakcie jednej trasy koncertowej, że czas spróbować tego, co robią inne zespoły. No i w taki oto sposób próbowaliśmy alkoholi, narkotyków i panienek. Całkiem przyjemnie tak było dopóty, dopóki nie straciliśmy rachuby w naszym postępowaniu. Ojciec nie chciał ze mną rozmawiać, gdy dowiedział się, że trafiłem na odwyk, a siostra patrzyła jak na kogoś obcego. Zapuściłem się sam w sobie i nie mogłem odnaleźć drogi powrotnej.
Po dwóch latach brania i picia spróbowałem się opamiętać. Chłopacy postawili się szybciej do pionu, więc pomogli wyjść z tego bagna i mi. Zaprowadziłem jednak barłóg w swoim dotąd poukładanym życiu. Teraz już wiecie, czemu nazywam się Terry, a mówiono na mnie "Król barłogu". Przestaliśmy koncertować na czas mojego leczenia. Po roku wróciłem do składu, nauczyłem się nowych kawałków i znów ruszyliśmy w podróż. Ponadto pracuję w przychodni specjalistycznej dla osób uzależnionych i staram się pomóc im wyjść z nałogu.
Morał z tej opowieści taki, żebyś nie łapał bracie za dragi. Alkohol w niewielkich ilościach to całkiem fajna sprawa, jednak narkotyki zaprowadzą Cię na dno. Przypomnijcie sobie moje słowa, gdy będzie z wami naprawdę źle.
Żegnam,
Terry.