Pamiętam jak mazałem szlaczki w jej zeszycie
w myślach ściągając kolorowe rajstopy.
romantyzm poznawaliśmy z dłońmi na kolanach
a inwokacji uczyłem się w przerwach
między ustami i pieprzykiem na piersi.
po lekcjach czytaliśmy nieznane księgi
od pana tadeusza.
pozytywizm był pracą u podstaw. na kanapie
rodziców przy głośnej muzyce. grała moją
lalkę a ja bartka zwycięzcę. praca organiczna
rozbudzała zmysły. nikt się nie spodziewał,
że tak szybko przerobimy młodą polskę
z pieluchami w rękach.
dobre, bardzo dobre, soczyste... nawiedza mnie refleksja z własnych lat młodzieńczych, że gdybyż te cegły obowiązkowe upstrzone były większą gęstością tzw. momentów to łatwiej i chętniej byśmy się zaczytywali w Orzeszkowej, Reymoncie, Żeromskim... nierzadko parami... masz Mariuszu niezwykły talent przywoływania sugestywnych obrazów z własnej a jednak szerszej przeszłości... cenne i nostalgiczne.
report
No i po co pisać powieści, jak tu jest wszystko?
report
Wiesz, ze lubię ten wiersz:):) bardzo na tak:):)
report
oj, ten bardzo pierwszorzędny
report