będę

i cicho zamknę za sobą drzwi jak dębowe wieko
pod którym wszystkie moje dni zakopane głęboko
okute w kamień co ciężkim chłodem rozpłatał nas na dwoje
by świat istniał jeszcze i układał dłonie w strzelistość katedr

będę Ci opowiadał o wczoraj całował piersi rozkwitłą gałęzią
wczesnym wieczorem rozpalę w kominku chociaż milczenie jest
jak lekarstwo pójdziemy brzegiem rzeki rozmów bez początku i końca

nie patrz w lustro by ocalić skały długo budowanej tamy
tam już tylko wezbranie jest najmniej oczekiwanym momentem
następnego szeptu dłoń w dłoń całkiem boso żeby przez sen
tylko dotknąć słów co odeszły dawno musimy dom odnaleźć
i szpary w płocie by malwy mogły wyjść przed ogród
a pelargonie zamieszkać w oknie

i tak od początku zaczerwienieni zorzą zachłyśniemy się szumem
pierwszych porannych pociągów z ażurowym biletem akacjowych liści
pojedziemy na świerszczowy koncert aż zamaluje barw tysiące
noc nasiąknięta rosą w zadumany spokój

Magdala
18 june 2011 at 17:38

i Ty tutaj ;)) to dobrze. niech się te wiersze rozkroplają. cóż mogę Ci powiedzieć... zachwytem milknę. tam nie miałam śmiałości. tu nie. piękny wiersz. z ukrytymi (wewnętrznymi) rymami. gratuluję, Januszu.

report

Kasiaballou vel Taki Tytoń
18 june 2011 at 18:27

witaj :)

report

Jarosław Jabrzemski
18 june 2011 at 19:28

Jest dobrze, aczkolwiek zakończenie do twardego, lirycznego rzygu.

report

krzysztof bojko
19 june 2011 at 09:33

z przyjemnością poczytałem :)

report

Contact with us



Report this item


You have to be logged in to use this feature. please Register