laura bran


Relacja, której nigdy nie zdam, czyli laik wśród melomanów


Energicznie zasiadł, zdecydowanym ruchem rąk i zamaszystym machnięciem czupryny strzepując z siebie resztki trosk, zostawiając w tle matki wszystkich problemów, żony, córki i kochanki tychże. Lew przy fortepianie. Wirtuoz, muzyczny kochanek od pierwszego usłyszenia. Z broszury programu koncertu dowiaduję się, że w tym arcyksiążęcym utworze Beethoven poprowadził dialog, a nawet spór fortepianu z orkiestrą. Nic bardziej mylnego. Smyczki kołysząc się wtórowały, wiolonczele i kontrabasy z szacunkiem podążały za mistrzem. Fortepianowe gamy i pasaże ożywił sam Paleczny. Piotr, jak większość mężczyzn mojego życia (z tych, którzy akurat nie mieli na imię Marek). Zachwycił, nie bisował. Publiczność nie chciała go wypuścić z rąk klaszcząc i klaszcząc. Przecież należą mu się owacje na stojąco. Stoi przed nami, kłania się; dyrygent na baczność, orkiestra; tylko widowni przyrosły siedzenia. Czy to wynik wagi portfeli?

Mieszkam niedaleko Beli Bartoka. Taka pokrętna uliczka nie prowadząca donikąd. I kto by pomyślał, że zawitała na Ursynów z Węgier poprzez Atlantyk i Stany Zjednoczone. Że trzeba otoczyć świat, by przywieźć znów polkę (nie Polkę) do Polski. Orkiestra straciła pianistę, zyskała zaś pułk instrumentów dętych. Węgierski temperament przybrany, jak pisze Małgorzata Gąsiorowska (córka poety?) w „śmiech staccatowych pasaży fletów (…) oraz ziewające glissanda tuby i puzonów”. Więc pośród tego szumu transatlantyku nie tylko ja od czasu do czasu słyszę ilustrację muzyczną do miękko i pewnie, aczkolwiek nieco z humorem przerysowanej kreski amerykańskich animatorów. Ten rys potwierdza zamaszyście gestykulujący całą swoją gibką posturą, prowadzący orkiestrę Jakub Chrenowicz, jakby batutą i siłą woli pociągał za niewidzialne sznurki nutek wywołując falujące odblaski skrzypiec i na skinienie uwydatniał policzki trębaczy. Koncertowe upamiętnienie śmierci kobiety i pełne życia wspomnienia. Klasyka. Muszę mieć dziwnie zaskoczoną minę, bo po raz kolejny wnikliwie przygląda mi się kontrabasista. Niebezpiecznie podobny do Piotra (mojego pierwszego Piotra). Kolejne szarpniecie strun, wyrwanie się naprzód smyczków jak do jakiejś szarży przywołuje w pamięci namiętny pocałunek. Muzyka dla ciała. Muzyka, jak widać, to jednak także ponadczasowy język, którym wymownie operujemy.

Filharmonia Narodowa, Warszawa, 10.03.2012

/lu



https://truml.com


print